#niedobrzemi

Zagadka brzmi – co łączy postawienie choinki na Mydlicach, wspólne kolędowanie na różnych dąbrowskich osiedlach i pomalowanie jednej ze ścian Plastyka albo zbieranie na WOŚP? Oczywiście oprócz faktu, że wszystkie te wydarzenia miały miejsce w moim mieście?
Ktoś odpowie, że połączyły ludzi, inny, że fajne inicjatywy, trzeci… …no właśnie… …moja obserwacja jest akurat i niestety odwrotna.

Czytam i słyszę bowiem na przykład coś w tym stylu – „choinka stoi źle, bo po stronie Ludowej, a na Legionów też byśmy chcieli”. Czyli „na Zachodzie bez zmian”. Tak się bowiem składa, że ponad 20 lat mieszkałem na Legionów Polskich i w czasach, kiedy chodziłem do podstawówki, podział był bardzo wyraźny. Wyznaczony ulicą Ludową. Granica bardzo konkretna. My z Legionów często baliśmy się ją przekraczać, ci z Ludowej mieli zapewne podobnie. Różnice zniwelowały spotkania w szkole i w klasie, podczas których okazywało się, że „za granicą” wcale nie mieszka swołocz i bandyterka, a zwykli ludzie. Tacy sami jak my. Niestety, podczas wojen osiedlowych przerzucanie się kamieniami ponad Ludową trwało dalej. Niezbyt dobrze i bezpiecznie poruszało nam się wtedy także po Manhattanie, Kasprzaka, Broadwayu. Co dosyć oczywiste, mieszkańcy tych osiedli niekomfortowo czuli się u nas. Najbezpieczniej było zawsze „u siebie”. Jak widzę, animozje wciąż mają się dobrze. Teraz oprócz ulicy dzieli też na przykład choinka.
Albo ktoś organizuje wspólne kolędowanie. Niezbyt mnie to jara, nie moja bajka, ale OK. Słyszałem, że na Kasprzaka miało miejsce, na Łęknicach, Mydlicach, gdzieś tam jeszcze. I znowu czytam i słyszę komentarze – „Patrzajta! Kolędowanie organizuje, reklamę se robi!”. I już cały urok przedsięwzięcia pryska. I już gdzieś w tej wspólnocie pojawia się rysa. Pęknięcie. Kolejne podzielenie. Hej, kolęda, kolęda!
W ramach światowego projektu „Walls of Connection” (akcji, która w 2017 została zrealizowana przez „MasterPeace” w stu miastach na całym świecie), na części (niestety tylko) jednej ze ścian dąbrowskiego Plastyka wykonano mural. To znaczy uczniowie i wolontariusze wykonali. A podkreślę jeszcze, że Dąbrowa Górnicza była jedynym polskim miastem, które wzięło w akcji udział! I co?
I źle. Bo pstrokate, bo figury geometryczne, bo nie pasuje, bo „wcześniej było ładniejsze”. Oczywiście, że o gustach się dyskutuje (powiedzenie, które mówi, że jest odwrotnie uważam za jedno z najgłupszych), ale bardzo znamienne, że zawsze (wiem, że to truizm) najwięcej mają do skrytykowania ci, którzy nic nie robią. Budynek Plastyka od jakiegoś czasu odstrasza swoim wyglądem przechodniów i okolicznych mieszkańców (ostatnio ktoś stwierdził, że „wygląda jak opuszczony budynek”) i kiedy pojawiła się szansa ożywienia i zmiany, pokazania ludziom, że jest tutaj życie, że to dobra i fajna szkoła i „podejdźcie bliżej, jesteśmy też dla Was” – pierwszą reakcją była krytyka. No to ja się pytam, gdzie ukrywali się ci wszyscy ludzie wcześniej? Czemu nikt nie przyszedł z innym projektem, czy pomysłem? Nie zostałby przecież wyrzucony i spuszczony na drzewo. I mogłoby z tego wyniknąć jakieś wspólne działanie.
Jest zbiórka na WOŚP. I ona naprawdę nie jest przymusowa. Dobrowolna czyli.
Jasne, że źle. Bo zbierają, bo zbierają w złym miejscu, bo „wspieranie przemysłu śmierci”, bo się afiszują… …bo różne inne idiotyzmy. I – oczywiście – moim zdaniem takie zbiórki w ogóle nie powinny mieć miejsca. Powinno być tak, że nie po to służba zdrowia jest publiczna i opłacana z naszych pieniędzy, żebyśmy jeszcze musieli się składać na sprzęt. I nie powinno być akcji i zbiórek charytatywnych dla ludzi chorych na raka, białaczkę czy cokolwiek. Albo powinno być ich na to stać, albo powinni mieć sfinansowane (bo przecież odprowadzają składki). Najwyraźniej jednak coś gdzieś szwankuje, prawdopodobnie nie jesteśmy najbogatszym na świecie krajem (bo że najlepszym i wybranym to chyba wiadomo) i co rusz takie akcje mają miejsce. Ale powtarzam – nie ma przymusu. I jak ktoś się nie dorzuca do puszki Orkiestry, Caritasu, Szlachetnej Paczki, czy jakiejkolwiek organizacji charytatywnej – jego sprawa, jego wola, decyzja i święte prawo. I nikt nie ma prawa mu z tego powodu czynić wyrzutów. Ale jeśli ktokolwiek przeszkadza i szczuje – w moim odczuciu jest złym człowiekiem. Oraz zwykłym burakiem.

To jest naprawdę bardzo proste – nie musisz pomagać/śpiewać kolęd/ustawiać choinek/malować murali/adoptować pszczół. Nie musisz nic (choć może fajnie, by było się od czasu do czasu spotkać i lepiej poznać i choćby przy okazji zrobić coś dobrego). Nikt Ci też nie zabrania wskazywać jakichś lepszych i ciekawszych rozwiązań. Żeby coś zrobić wspólnie, żeby inni mieli na uwadze także i Twój głos. Czegokolwiek jednak nie zrobisz, na litość, nie przeszkadzaj. Bo w tym akurat na pewno Dobra nie ma.

P.S. A może wszystko to wynika także z tego, że, niestety, jest tak, iż wciąż uczymy swoje dzieci rywalizacji, zamiast współpracy? Bo, jak opowiada mi jedna pani, w klasie jej córki uczniowie (szkoła podstawowa) celowo nie mówią swoim nieobecnym na zajęciach koleżankom i kolegom, co było zadane, albo że będzie kartkówka. Tylko po to, żeby dostali złą ocenę i można było na ich tle błyszczeć…

„Przegląd Dąbrowski”, styczeń 2018, #PrzeglądDąbrowski

Znowu nic o sporcie

Mimo głęboko zakorzenionego agnostycyzmu, obchodzimy z rodziną święta i w związku z tym, co jakiś czas ktoś mi zarzuca hipokryzję. Że to się wyklucza, że albo albo, że tak się nie godzi, że jesteśmy niekonsekwentni. I w jakiś tam sposób przyznaję rację, ale nic nie poradzę. Nie może mi bowiem ten ktoś tego zabronić. Gdyż naprawdę lubię ten czas. Wigilijne potrawy i zapach kompotu. Wieczorny spacer z dziećmi, albo niewyściubianie nosa z domu, oglądanie filmów lub granie w gry wyciągnięte spod pogańskiej choinki z krzywym szpicem. I nawet to dzielenie się opłatkiem lubię.
Pod warunkiem, że robi się to z tymi, z którymi naprawdę się żyje lub chce się żyć w zgodzie.
Bo niech, kto chce, mówi, co chce o mojej hipokryzji, ale i tak będzie ona mizerną w porównaniu z dzieleniem się opłatkiem i życzeniem sobie wszystkiego dobrego przez wszystkich tych, którzy przez cały poprzedni (i cały kolejny) rok obrzucają się (obrzucać się będą) błotem (tak naprawdę wolałbym tu użyć bardziej dosadnego sformułowania). Nie kojarzy mi się to z niczym innym, jak z chwilowym zawieszeniem broni. Tym gorszym, że świadomym. Życzymy sobie jak najlepiej z pełną świadomością, że już za chwilę zacznie się na nowo. Wojna plemion.
I zaraz znowu ktoś mi powie, że „niepotrzebnie się wkręcam”, że „media mnie zmanipulowały”, „że tylko ta polityka i polityka, a jej to lepiej nie ruszać”, ale prawda jest niestety inna. Czy nam się to podoba, czy nie – polityka wyłazi na nas i atakuje z każdego kąta. Choćbyśmy, nie wiem jak, się bronili.

Moja córka naprawdę bardzo ubolewa, że nie pójdzie do gimnazjum za 1,5 roku, tylko za trzy lata (tak, znowu ten sam przykład, ale nie jestem w stanie tego przełknąć, ani wybaczyć). Moja ulubiona żona od września obserwuje, że w podstawówce, w której pracuje, powoli zaczyna się ilościowe przeciążenie, a problemów (o dziwo!) wcale nie jest mniej (przesunięte zostały tylko do innego budynku). Czy szkoła, w której pracuję, będzie funkcjonować, okaże się w ciągu najbliższych kilku lat. Mam się nie odzywać albo mówić, że mi się podoba? Bo jak się odezwę, to jeden mi powie, że po co mi ta polityka, a drugi, że jestem „totalsem” (jest już podobno takie słowo)? A może media mi podają te fałszywe informacje? Medium Iga i medium Ola. Możliwe…
Albo  pojawia się pomysł, że co trzy lata jakaś komisja, czy dyrektor ma oceniać postawę moralną nauczyciela. No więc bez względu na to, kto miałby tego dokonywać – ja się nie zgadzam. Obraża mnie to i mi uwłacza. Chętnie zaproszę każdego na swoją lekcję, w każdej chwili poddam się badaniom psychiatrycznym (uważam, że każdy nauczyciel – i nie tylko – powinien je przechodzić, jak badanie profilaktyczne/okresowe), ale od mojego prowadzenia się poza szkołą – won! Bo co to tak naprawdę miałoby oznaczać? Czy napicie się wódki w piątek jest moralne czy nie?A życie bez ślubu? Albo w związku homoseksualnym? Na jakiej podstawie i kto miałby nas, nauczycieli oceniać? I jaki to miałoby mieć związek z naszą fachowością i zaangażowaniem? I jak teraz o tym piszę, to jest to polityka, czy niezgoda na jakieś idiotyzmy? Polityka… Wkręcam się…
Podczas tegorocznej aukcji w moim ulubionym Plastyku wystawialiśmy z młodzieżą „Facecje o facetce”. (Nieskromnie powiem, że według mojego scenariusza,  do którego) jak ulał pasowało mi sformułowanie  - „prawda jest coraz bliżej”. Bez żadnych odwołań i kontekstów, słowo! I złapałem się na tym, że kombinuję, czy ktoś się nie doczepi? Aż przypomniało mi się jedno ze zdań otwierających najlepszy polski film* – „Nie wiem, czy państwo sobie zdają sprawę z tego, że z chwilą zlikwidowania cenzury jako instytucji obowiązek cenzurowania spadnie na was?”. Dlaczego ja się muszę w ogóle nad tym pochylać? Czy jak wrzucę na fejsbuku piosenkę Kazika „Nie lubię już Polski”, to zaraz ktoś mnie przed jakąś komisją dyscyplinarną postawi? O co tutaj chodzi?
Zastanawiam się, czy może mam już lekką paranoję i mi odbija, więc kumpel mówi, żebym wyszedł z netu i zobaczę, że się nakręcam. No to wychodzę.

W osiedlowym sklepie dwie babki kłócą się o zakaz handlu w niedzielę, a starszy pan jest żywo zainteresowany faktem, od kiedy nie będzie mógł sobie kupić flaszki po 22. Sporo ludzi, bo masło tańsze rzucili. Promocja i reglamentacja. Jak ktoś się zapisał, może po trzy kostki, a jak nie, to jedną. Biorę jedną. „Muszę odpocząć!!!”, krzyczy we mnie Adaś Miauczyński, więc na przekór zaglądam do babci, która mówi, że już nie będzie mogła głosować na jakiegoś tam prezydenta, bo ma być ograniczona możliwość wielokrotnego startowania, „nie szkodzi pewnie i tak nie dożyję, ale póki co, poszedłbyś i odebrał mi te leki, darmowe są, masz tu receptę”. No to idę do apteki, płacę dwie stówy i (znowu) wychodzę. Wpadam na kolegę muzyka. Mówi mi, że nie może już uczyć w szkole, bo skończył co prawda Akademię Muzyczną i ma wykształcenie pedagogiczne, ale, niestety, był to wydział jazzowy, a nie klasyczny. „A jazzu nikt nie kuma, men”. Idziemy ulicą kiedyś Dąbskiego, teraz Grynia (bardzo zła postać, bo „grał dobrych komunistów”, a przecież takich nie było), wchodzimy w Ludową i któryś z nas mówi, że pewnie też zmienią, bo się źle kojarzy, a drugi kompletnie tego nie rozumie. „O lud ci chodzi? To jest coś złego w tym słowie? Przecież to my jesteśmy lud. Społeczeństwo”. I tak sobie próbujemy to rozkminić, aż nagle zza rogu wychodzi gość w koszulce. Koszulka jest z napisem.  „Śmierć wrogom ojczyzny”.  A ponieważ nie wiem, czy się kwalifikuję, umieram od samej logicznej i semantycznej analizy tego wypowiedzenia i dowiaduję się (albo i nie), jak to jest z tym agnostycyzmem, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli.

*Ucieczka z kina „Wolność”, oczywiście.

„Przegląd Dąbrowski” grudzień 2017 (ze względu na ograniczenie ilości znaków, tekst w wersji papierowej delikatnie skróciłem)
#PrzeglądDąbrowski

Wyścig niepokoju

Działaj w fundacji. Albo stowarzyszeniu. Zorganizuj koncert charytatywny. Zbuduj coś. Albo zburz. Wypowiedz się w przestrzeni publicznej. Napisz. Wystartuj w konkursie. Miej odmienne lub podobne do kogoś zdanie. Wpadnij na jakiś pomysł i spróbuj go zrealizować. Dbaj o środowisko. Rób cokolwiek, co w jakikolwiek sposób jest widoczne. Dobrze lub źle.
Masz już 18 lat?
Musisz wiedzieć jedno: właśnie rozpocząłeś kampanię wyborczą.

Spotykam się z tym zdaniem od jakiegoś czasu – „yhm, ten na pewno wystartuje w wyborach” , „oho, widzę, że kampania się rozpoczęła”. W sumie racja – inaczej po co by robił? Bo przecież nie dla ludzi…
Wniosków z takiego myślenia mogę wysnuć sporo. Podzielę się dwoma.
Zacznę jednak od pytań: jak się Państwu wydaje, czy wszyscy członkowie wszystkich stowarzyszeń/fundacji/spółdzielni socjalnych, etc., które wzięły udział w Festiwalu Ludzi Aktywnych, marzą o tym, żeby już niebawem zacząć piastować jakieś stanowisko? W urzędzie? Sejmiku? Gdzieś tam… Albo – czy ekipa, która, z Elą Grabowską na czele, miesiąc po FLA zorganizowała potężną akcję charytatywną „Przybij piątkę Pati”, miała w swoim założeniu zdobywanie w przyszłości stanowisk? Głowę sobie dam uciąć, że nie! Chcieli zebrać pieniądze na leczenie dziewczyny chorej na raka. Udało im się zebrać prawie 35 tysięcy złotych!
No to skąd się bierze takie myślenie?
Najbardziej prawdopodobne, że z mierzenia wszystkich swoją miarą? Że nie mieści mi się w głowie, dlaczego ludzie coś robią z innymi i dla innych? Że nie lubią stagnacji? Że naiwnie wierzą, że świat trzeba pozostawić troszkę lepszym? A może są samotni i daje im to szansę poprzebywania z drugim człowiekiem? Albo właśnie temu samotnemu i mniej zaradnemu chcą poprawić nastrój? A może po prostu człowiek jest zwierzęciem stadnym i lubi robić różne rzeczy w towarzystwie drugiego człowieka? „Jest wiele możliwości” i niech nikt mi nie wmawia, że najważniejszą z nich jest zdobycie jakiegoś tam mandatu.
Wiem to także z własnego doświadczenia, bo przecież startowałem w wyborach trzy lata temu. Nie wypieram się. Żałuję trochę. Nie faktu, że nie wygrałem, ale że w ogóle wziąłem udział w tym przedsięwzięciu. Kosztowało mnie to sporo zdrowia i nerwów, a kiedy okazało się, że radnym nie zostałem, naprawdę odetchnąłem z ulgą (przepraszam wszystkich, którzy na mnie wtedy głosowali, jeśli przechodzi Wam teraz przez głowę myśl, że zmarnowaliście na mnie swój głos). Bo kiedy było już po ogłoszeniu wyników, uświadomiłem sobie, że przez jakiś miesiąc (a nie wiem, czy nie dłużej) uczestniczyłem w jakimś nieprawdopodobnym wyścigu. A ja się ścigać (i biegać w ogóle) bardzo nie lubię. Tymczasem codziennie napierniczałem informacjami, jaki to będzie ze mnie dobry radny, że inni są gorsi i generalnie – jestem ekstra. A przecież nie jestem.
Owszem, lubię się raczej i zgadzam się z większością swoich poglądów, nie mniej jednak radnym mógłbym okazać się słabym. Bo jestem leniwy i bywam mocny tylko w gębie. No i nie mam samochodu. I to była taka moja refleksja wtedy. Ostatnie doświadczenia i poznani ludzi tylko mnie w tym utwierdzili. Poza tym bardzo górnolotnie mówiąc – chyba znalazłem swoje miejsce i w tym miejscu mam możliwość coś zrobić. Bo mam fajną Rodzinę, Przyjaciół i pracę, w której spotykam się z młodzieżą i w jakiś tam sposób wspólnie i wzajemnie kształtujemy swój sposób myślenia, wizje, osobowości.  Interpretujemy wiersze, czytamy książki. Dzielimy się sobą. Albo piszę sobie felietony czy inne notki (np. tutaj) i naiwnie myślę, że jakiś ich odbiór jest. Że na coś wpływ jednak mam. Przy okazji uspokajam – na listach wyborczych mojego nazwiska nikt już nie zobaczy.
Jak mówił jeden pan pod sklepem nocnym – „wracając do ad rem”, czyli rzeczonej kampanii, jest i druga strona medalu. Bo tak się składa, że uważam, iż, jak się zostaje radnym/posłem/senatorem, kampania wyborcza powinna trwać całą kadencję. Każdym ruchem, działaniem czy postawą powinno się ją prowadzić. Bez względu, czy będzie to działanie na rzecz ekologii, usprawnienia ruchu drogowego, egzekwowania prawa, protest przeciwko wycince drzew, budowie kolejnego marketu, czy choćby stworzenie strefy kibica na mistrzostwa świata w czymś. I nie ma to związku z faktem, że nie mam samochodu albo nie interesuję się sportem. Moim zadaniem jest myśleć o ludziach, mieszkańcach wsi, miast, państw. Działać na ich korzyść i dla ich dobra. I jeśli udaje mi się to robić dobrze, czemu miałbym nie być wybranym na następną kadencję?
Oczywiście pozostaje mi w głowie smutna konstatacja, którą na spotkaniu w Miejskiej Bibliotece wypowiedział Filip Springer. Że często, niestety jest tak, iż wszelkich radnych, posłów, urzędników nie cechuje myślenie perspektywiczne. Bo nie można nim przecież nazwać myślenia tylko o aktualnej i następnej kadencji, a raczej najbliższych dziesięcioleciach. Bo – naprawdę fajnie by nie tylko nam (tu i teraz), ale przede wszystkim naszym dzieciom, było po prostu lepiej. O to chyba także, jeśli nie przede wszystkim, chodzi.

Ech, chyba się starzeję… W sumie fejsbuk mi ostatnio powiedział, że już się to stało…  Ale to już temat na całkiem inny tekst…

„Przegląd Dąbrowski”, listopad 2017

Naiwność – cóż po ludziach…

Wbrew temu, co odczuwam od rana, postanowiłem, że napiszę coś dobrego… Może właśnie dlatego, żeby przywrócić równowagę… Którą zapewne zburzę już za miesiąc…
Tak się jakoś złożyło, że przez lata swoich różnych poczynań i poruszania się po mieście i okolicach poznałem bardzo wielu ludzi. Z różnych miejsc, środowisk. Ludzi o różnych pasjach, zainteresowaniach, poglądach. Czasami się widujemy na dłużej, czasami w przelocie, czasem tylko i niestety piszemy do siebie smsy (bo wiadomo – czas, rodzina, praca i takie tam). O wielu z nich mogę powiedzieć, że są moimi Przyjaciółmi, o innych, że Znajomymi.
Najbardziej zawsze lubię to, że mimo wielu podobieństw (bo nie oszukujmy się – najbliżej nam zawsze do ludzi, którzy w jakiś sposób są do nas podobni, mają podobną wrażliwość, poczucie humoru, etc.), w wielu sprawach bardzo się różnimy i nie zgadzamy. Jest to fajne, dobre i rozwijające, a przede wszystkim nie jest nudne. Problem (choć tak naprawdę nie mój) jednak w tym, że animozje istnieją między jednostkami, ale równocześnie całymi grupami w tle. Ten nie przepada za tamtym, jedna za drugą, ten się z tym wódki nie napije, a temu nie poda ręki. Bo komuch, bo pisior, bo głupi, bo żonę zostawił, bo pracuje w instytucji, którą gardzę, bo w liceum odbiła mi chłopaka. Bo sto innych, równie mądrych powodów…
Nie rozumiem tego unikania się nawzajem. Odwracania się plecami. Od lat zastanawiam się, czy istnieje człowiek, któremu nie podałbym ręki, gdyby ją do mnie wyciągnął. Tak zwyczajnie, na przywitanie. Chociaż raz jeden facet wytłumaczył mi, że on ma takie typy, bo po prostu, jak o nich myśli, to zwyczajnie mu się nie chce. Nie wiem, może rzeczywiście tego słynnego kręgosłupa moralnego nie mam, może zwyczajnie jestem głupi, a może po prostu jest tak, że BARDZO LUBIĘ LUDZI. Tak w ogóle.
Bo chociaż wydaje mi się często, że jesteśmy pasożytem świata i że, gdyby nas nie było, na Ziemi nie wydarzyłoby się nic złego (nie byłoby takiej możliwości po prostu), wciąż i mimo wszystko uważam, że ludzie są fajni. Oczywiście przy swoich wszystkich wadach, małostkach i ułomnościach. W zeszłym roku na przykład jeden facet powiedział, że mnie zniszczy (z tego, co wiem chyba jakoś próbuje to cały czas zrobić, pozdrawiam). Tylko dlatego, że bardzo się różnimy. Do dziś zachodzę w głowę, jak komuś coś takiego może przejść przez myśl i gardło? Jak można być tak małym i złym? Jeśli za kimś nie przepadam, to zostawiam go swojemu losowi. Po prostu. Podobnie jak omijam psie kupy i potencjalnych napadzistów pod nocnymi sklepami. Zresztą tego pana też omijam.
Tymczasem jednak wciąż i bez sensu budujemy między sobą jakieś mury, murki, stawiamy parkany i płotki. I muszę powiedzieć, że źle się z tym wszystkim czuję. Bardzo. Żeby było łatwiej, posłużę się przykładem. Bo, dajmy na to, jestem w knajpie i przy jednym stoliku siedzi jedna ekipa, a przy drugim druga. I ktoś pyta – „A ty znasz tego i tego? Kolegujecie się? Przecież to…” (i tu padają różne określenia), a przy drugim dzieje się mniej więcej to samo. Tyle, że kierunek jest przeciwny. A mnie szlag trafia, bo najczęściej jest tak, że ci ludzie, którzy – delikatnie mówiąc za sobą nie przepadają – nigdy ze sobą nie rozmawiali i tak naprawdę wcale się nie znają (to takie typowe). I nie mają zielonego pojęcia, że obaj/obie/oboje są ludźmi ciekawymi, mądrymi, z pomysłami, poglądami… I gdyby tylko zechciało im się ten murek przeskoczyć, gdyby zechcieli choć troszeczkę się poznać, mogłoby się okazać, że te ich animozje są zwyczajnie głupie i śmieszne. A przede wszystkim, że od przebywania z drugim człowiekiem nie można się zarazić jego poglądami i żadna szkoda, poza bliższym się poznaniem, nie może z tego wyniknąć. Owszem, możemy też wyciągnąć wniosek potwierdzający naszą wcześniejszą tezę – że nie, nie mam ochoty i nie widzę sensu przebywania z jednym czy drugim – ale to właśnie jest kwintesencja.
Żeby coś z całą mocą stwierdzić, trzeba sprawdzić, poznać, zobaczyć i posłuchać z bliska, bo najfajniejsze w tych podziałach jest często także to, że ludzie, którzy się nie znają, nie znają tajemnicy. Że podobnie do kogoś myślimy, że ten ktoś wcale taki głupi nie jest, że moglibyśmy się z nim zakolegować. Tylko jakieś tam idiotyzmy nam nie pozwalają, więc pławimy się we własnym sosie, wmasowując go sobie obficie w okolice lędźwi.
A im bardziej jesteśmy podzieleni, tym bardziej ci, którym to odpowiada, zacierają rączki. Divide et impera.
Podsumowując – jak chcecie, to się miedzy sobą nie lubcie, nie rozmawiajcie, nie poznawajcie, nie sprawdzajcie. Pozostańcie stratni. Ja tam wolę być szczęśliwy i nie tracić czasu. Nawet jeśli ma to oznaczać naiwność.

 ”Przegląd Dąbrowski”, październik 2017.

Zagadka

Słuchaj, jest sprawa…

Pracuję w szkole i uczę Twoje dzieci. Czyli teoretycznie obdarzasz mnie zaufaniem. A jeśli nawet nie Ty, to zrobiło to państwo. No i w związku z tym wszystkim opowiadam Twoim dzieciom różne  mądre i ciekawe rzeczy. Przygotowuję je do życia. W jakimś sensie.

No to starszym mówię na przykład, że homoseksualizm to choroba. A skoro tak, to można się z niego wyleczyć. Są sposoby, ośrodki (na przykład w USA). I właściwie jest to wynik wybuchu w Czarnobylu. Bo kiedyś było inaczej, kiedyś było lepiej.
Młodszym opowiadam, między innymi, że jak pójdą na bal halloweenowy do koleżanki, to zgnije im ciało, a cała rodzina skończy w smole. NA ZAWSZE! Choć o tym to właściwie nie mówię. Krzyczę raczej. Trudno. Wszystko dla ich dobra i ratunku. Niech się boją!
Albo, że w japońskich kreskówkach łapy maczał Zły, aby wodzić na pokuszenie i doprowadzić do upadku. A przepaść jest naprawdę głęboka.
Albo przynoszę na przykład taki przenośny model macicy i demonstruję na nim różne rzeczy. Rozwiewając Twoje wątpliwości – nie, nie uczę biologii. Mój przedmiot jest o czymś zupełnie innym. O duchowości, wierzeniach, źródłach i  tekstach kultury.
Albo straszę, że jak źle spędzają dzień wolny, to wszystkich z ich otoczenia spotka kara. Po śmierci to wiadomo – wieczne cierpienie, tyle że Twoje dzieci są jeszcze za małe, żeby się tym przejąć . Lepiej postraszyć je światem doczesnym. Że spadną na nie i ich rodziny choroby i głód, a robaki będą wyżerały im skórę. Niech sikają po nocy w łóżka i boją się ciemności…

Ale Cię to wszystko doprowadza do szału, co nie?
Że bzdury, że mamy XXI wiek, że Europa, że mam uczyć o czymś innym jednak. Nie podoba Ci się… Ojejku, jejku…
A mnie Twoje pogróżki, że jak będę opowiadał takie rzeczy, to doprowadzisz do wyrzucenia mnie z pracy, śmieszą i równocześnie zasmucają. Po pierwsze bowiem – musisz zrozumieć, że robię to dla ich i Twojego dobra. Po drugie zaś – możesz mi co najwyżej skoczyć i zabrać dziecko z moich zajęć. Kara, oczywiście, Was nie minie, pamiętaj! Jako w niebie, tak i na ziemi…
Dyrektor nie może mnie zwolnić, bo i na moje zatrudnienie nie miał wpływu. Co prawda przyjął mnie do pracy, ale nie za wiele miał do gadania. Przyszedłem z misją, stoją za mną ważniejsi od wszystkich Was ludzie. Kuria się nazywają. No to taki dyrektorek, to kto to dla mnie tak naprawdę jest?
Przecież nawet nie może wejść do mnie na lekcję i nie ma nic do gadania, jeśli chodzi o nauczane przeze mnie treści(czyli na dobrą sprawę mogę opowiadać na lekcjach, że Ziemia znajduje się w centrum Układu Słonecznego, a teoria heliocentryczna jest zbyt mocno lansowana, co w sumie nie dziwi, bo Kopernik był  przecież Niemcem). On ma tylko co miesiąc podpisywać przelew.

W 2016 roku przybliżona kwota wydatków na 66 etatów (mojego i moich kolegów i koleżanek po fachu) wyniosła w Twoim mieście 2.895.000 złotych (słownie – dwa miliony osiemset dziewięćdziesiąt pięć tysięcy złotych). Narzekasz na mnie i płacisz!

Dziękuję Ci, pozdrawiam i całuję prosto w serce…

                                                                                                                  H2O – Wiesz już kto?*

P.S. Aha! 31 października organizujemy Bal Wszystkich Świętych. Dzieci mogą się przebrać za swojego ulubionego świętego. Wolałbym Was tam widzieć…

22641986_10214536069858348_266256822_o

*gdyż imię moje Legion

Gry i zabawy osiedlowe (2)

(link do tekstu)

W czerwcowym “Alternatywniku” wspominaliśmy ducę i inne gry hazardowe. Nie samym jednak hazardem żyło dąbrowskie osiedle. Były przecież zabawy nożem, gra w „Wyścig Pokoju”, skakanie na gumie czy zabawy na trzepaku.

Lata 80. Czas, kiedy życie uczennic i uczniów dąbrowskich „tysiąclatek” koncentrowało się na zewnątrz, pod blokiem, za blokiem, gdy całymi dniami krążyliśmy na rowerach ze szprychami dla tzw. szpanu oplecionymi kolorową bibułą, kiedy wszyscy byliśmy podobnie beznadziejnie ubrani i wszyscy, od czasu do czasu, pełniliśmy rolę „staczy” w długich kolejkach po „rzuconą” właśnie kawę lub bułgarskie arbuzy. Dominowała świadomość braku, poczucie, że nie wszystko można mieć, gdy w tzw. gospodarce niedoboru za przedmiot westchnień uchodziły gumy „Donaldy” z Pewexu, metalowy model samochodu na resorach, a ostatnie strony „Świata Młodych” z komiksami w odcinkach kompletowano w drogocenne kolekcje. Wszyscy mieliśmy mniej więcej to samo i w podobnych ilościach, dlatego tak bardzo liczyło się, kto dobrze gra „w jednego” albo układa najładniejsze kwiatowe ołtarzyki pod kawałkiem szkła. Słowem – konkurencja była ważna.
Przechodziłem ostatnio przez mój kraj lat dziecinnych, czyli podwórko między blokami 99, 101, 103 i 105 na Mydlicach. Usiadłem na chwilę na ławeczce i dopadła mnie refleksja, jak to było możliwe, że mogliśmy w tym miejscu rozgrywać regularne mecze piłkarskie. W drużynach o dowolnej liczbie piłkarzy (wszystko zależało, kto akurat „wyszedł na dwór”, bo u nas wychodziło się na dwór, a nie na pole), na powierzchni z krzywych płyt chodnikowych i z ławkami (ewentualnie drabinkami) w roli bramek. Jak się tam mieściliśmy? Dlaczego nie przeszkadzała nam kiepska nawierzchnia albo fakt, że jedna bramka wcale nie była na wprost drugiej? Może dlatego, że nie było orlików i brało się, co było? Może fakt, że asfaltowe boisko szkolne było okupowane przez starszych? A może przede wszystkim to, że najważniejsze było samo przebywanie na podwórku, a nie jakieś małostkowe problemy teraz przeze mnie wymyślane?
I siedziałem na tym niby boisku i próbowałem sobie przypomnieć, jakie jeszcze gry i zabawy „stosowaliśmy”. O ducy pisaliśmy z Wojtkiem Czyżewskim w wydaniu czerwcowym. Wspomniałem też wtedy o mrożącym mi dziś krew w żyłach berku i chowanym na betonowych rurach za osiedlem. I przypomniałem sobie „Wyścig Pokoju”. Czyli po prostu „kapsle”.
Pierwszy Uve Ampler albo Olaf Ludwig
Nazwa pochodzi, oczywiście, od największego w Europie Wschodniej amatorskiego wyścigu kolarskiego na trasie Warszawa-Berlin-Praga (kolejność miast była zmienna). Nie wiem dlaczego, ale mnie się zawsze wydawało, że ten wyścig wygrywali wyłącznie kolarze enerdowscy. Jak nie Uve Ampler (rzeczywiście triumfował aż cztery razy) to Olaf Ludwig (wygrał dwukrotnie). Kredą rysowało się na chodniku (najlepiej asfaltowym) trasę, dróżkę taką, z linią startu i mety. Po drodze można było napotkać różne „przeszkody” – trasa to zwężała się, to była szersza, czasem przerwa musiała oznaczać skok. Kolarzami były kapsle. Wkładało się do wnętrza kapsla flagę danego państwa (oprócz Czechosłowacji i Polski – gdyż wiadomo było, że jak nie wygrywają w prawdziwym wyścigu, nie wygrają i w podwórkowym; dużym wzięciem cieszyły się kraje o nazwach orientalnych, flagach dziwacznych; moim faworytem była na przykład Sri Lanka), zalewało się stearyną i się grało. Przed grą dobrze było poszurać trochę kapslem po asfalcie lub betonie, żeby się potem lepiej ślizgał na trasie. Każdy miał trzy pstryknięcia, jeśli wyjechał poza trasę, cofał się i tak aż do mety. Oczywiście, znowu jak w przypadku ducy, tylko w teorii zasady były proste. Bo już stwierdzenie, czy kapsel na tzw. słowo honoru stojący na cienkiej kredowej linii wyjechał za trasę czy nie, budziło zażarte spory. Jeszcze gorzej, gdy zawodnik ściął zakręt – była łaja (tak się na to mówiło) czy nie? – spierali się grający. Tak czy inaczej, gra była pasjonująca, trasy wiły się przez chodniki, schody, podwórka, a my spędzaliśmy czas na dworze z kieszeniami wypchanymi kapslami i umorusani kredą. Pewnik stanowi też fakt, że niejeden/ niejedna z nas usłyszał/a sporo „ciepłych słów” od swoich rodziców, kiedy okazywało się, że atlas geograficzny jest w środku mocno wybrakowany i pocięty (skądś musieliśmy przecież te flagi brać). Chyba gorzej było tylko wtedy, jeśli wycinało się z encyklopedii. Choć gra nieodmiennie kojarzy się z ciepłymi porami roku, Olek mówi, że bywały i wersje zimowe: – Zimą graliśmy u mnie w domu, jako że w przedpokoju i w kuchni miałem płytki PCV, więc po grze kredę można było łatwo umyć. Jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że rodzice chodzili do pracy na rano, a my na drugą zmianę, łatwiej będzie nam to sobie wyobrazić. Swoją drogą i trochę z innej beczki – najbardziej w chodzeniu na 13.35 lubiłem „Film dla drugiej zmiany”, czyli dla tych wszystkich DOROSŁYCH, którzy szli do pracy na 14 i nie mogli obejrzeć filmu o 20.00 (po „Dzienniku Telewizyjnym”). Puszczano zatem ten sam film o godzinie 10.10, a ponieważ rodzice moi i moich kolegów chodzili do pracy rano, a my przez jeden semestr na popołudnie, oglądaliśmy może nie wszystko jak leci, ale zawsze, gdy był film polski lub czeski – nie można było go odpuścić. Wiadome było bowiem, że musi pojawić się w nim cała lub chociaż fragmentaryczna „goła baba”. Najbardziej śmieszyła nas tabliczka „Tylko dla dorosłych” (na przykład przed serialem „Tulipan”). O 10:00 rano w Polsce.
Walka na noże
Jedną z moich ulubionych gier były „państwa”. Na stronie www.retropewex.pl znajduję taki opis zasad – obowiązujący także na dąbrowskich podwórkach: Na ziemi nożem rysowaliśmy koło i dzieliliśmy, jak tort, na 4 części dla 4 graczy (u nas liczba była dowolna i w razie potrzeby koło „kroiło się” na więcej części). Pierwsza osoba mówi, kogo z sąsiadów atakuje i sąsiad schodzi z okręgu. Stojąc na swoim polu, rzuca nożem w pole atakowanego gracza. Wbitym nożem (po linii ostrza) rysuje prostą linię przez pole przeciwnika. Nie może się przy tym podpierać i musi stać na swoim polu. Jak da radę poprowadzić taką linię, „odcina” jeden z kawałków i przyłącza go do siebie, zacierając narysowaną na początku gry granicę między „państwami”. Osoba ta ma kolejny rzut i tak do momentu, aż źle rzuci (nóż się nie wbije, przewróci lub trafi w inne pole niż atakowane) albo nie będzie w stanie poprowadzić prostej linii. Wtedy rzuca kolejna osoba. Ten, kto ma tak małe pole, że nie może na nim ustać – odpada.
Skakanie „w gumę”
Grą typowo „dziewczyńską” była „guma”. Co prawda wielu chłopaków przełamywało schemat i przyłączało się do niej, wielu jednak uważało to za obciach. Podobnie przecież było z siedzeniem w ławce z dziewczyną („z babą”). To niemądre uprzedzenie przechodziło oczywiście z wiekiem. Zawsze zastanawiałem się, czy działało też w drugą stronę, ale jakoś nigdy nie spytałem. To jak to było, Drogie Panie?
Jak sama nazwa wskazuje, do gry w gumę potrzebna jest guma tzw. majtkowa (myślę, że jakieś 3-4 metry) i dowolna liczba graczy (minimum dwójka, z tym, że wtedy potrzebny jest też słupek, trzepak, cokolwiek, na czym z braku człowieka przeciągniemy gumę). Gra polega na wykonywaniu serii skoków bez skuchy (jak ja uwielbiałem to słowo!). Skucha to nic innego jak błąd. Czyli na przykład nadepnięcie na gumę wtedy, kiedy nie trzeba lub odwrotnie – nienadepnięcie, kiedy należy. Dwójka graczy stoi w gumie (najpierw oplecione mają kostki, potem kolana, uda, pas, ramiona, szyje), a trzeci skacze, aż do skuchy. Jeśli skusi, wchodzi do gumy i następuje wymiana gracza (można grać parami, można w drużynach). Po ponownym wkroczeniu do gry, zaczyna skoki od poziomu, na którym odpadł.
Podobno było kilka „systemów”, układów skoków. Z tego, co pamiętam, wśród moich koleżanek najbardziej popularne były „dziesiątki”.
Spalone gary na trzepaku
Nie było też poważnego podwórka bez trzepaka. I choć poza zabawą w „ślepca” albo „kolory” nie pamiętam jakichś szczególnych zabaw (podstawę stanowiły jednak pseudoakrobatyczne ewolucje), to tutaj – poza ducą – koncentrowało się podwórkowe życie.
„Ślepiec” polegał na tym, że po konstrukcji trzepaka poruszali się uczestnicy starający się uniknąć dotyku osoby, która miała zawiązane/zasłonięte oczy. Jak łatwo się domyślić, nowym „ślepcem” zostawała osoba, którą ślepiec dotychczasowy dotknął lub która dotknęła ziemi.
Gra w kolory polegała chyba na rzucaniu nazw kolorów i odpowiednio dotykaniu lub niedotykaniu ziemi. Z tego co pamiętam (a jeśli się mylę, proszę mnie poprawić) na hasło „czarny! ” należało zeskoczyć na ziemię, a ten, który zrobił to ostatni, zamieniał się rolami z tym, który kolory wymyślał.
Jakoś nie przypominam sobie, aby grało się w latach 80/90. w klasy albo cymbergaja. Ja z tą grą spotkałem się dopiero w książkach, a cymbergaja pokazał mi ojciec. I znowu – może na Waszych podwórkach było inaczej? Podzielcie się z nami tymi wspomnieniami…
Natomiast utkwił mi w głowie „chowany z piłką”. Gra o tyle ciekawa, co na maksa trudna do wygrania, czyli odnalezienia wszystkich graczy. „Meldą” była bowiem piłka, którą ustawiało się, powiedzmy, na środku podwórka. Szukający liczył do pięćdziesięciu, stu, iluś tam, po czym szukał. Żeby uznać kogoś za odnalezionego, należało go na piłce zaklepać. Dotknąć jej i użyć zaklęcia typu – „raz, dwa, trzy – Tadzik za śmietnikiem! ”. Problem polegał na tym, że w każdej chwili (najlepsza była taka, w której szukający się oddalił) ukrywający mógł z ukrycia wybiec i uprzedzając zaklepanie, wybić piłkę w cholerę. Dopóki szukający nie odstawił piłki na miejsce, wszyscy złapani mogli się znowu ukryć. I tak aż do momentu wyłapania wszystkich. Pamiętam, że często pojawiały się spory, kto ma być szukającym – czy ten, którego zaklepano pierwszego czy ostatniego?
Hasłem, które nie tylko mnie doprowadzało do szału, były „spalone gary”. Wystarczyło bowiem, że któryś z graczy został zawołany na obiad lub właśnie go zjadł, wyszedł na dwór i postanowił do gry dołączyć, a już inny z uczestników się darł – „Spalone gary!”, co oznaczało, że gra zostaje przerwana i zaczynamy od początku. Co chwilę i znowu. Na podwórku w blokowisku stawało się to naprawdę zmorą… Z drugiej jednak strony – czy naprawdę chodziło nam wtedy o wygrywanie, czy może po prostu tylko (?!) o zabawę?
Oprócz wspomnianych przeze mnie gier, pojawiały się oczywiście podchody i niezbyt już legalne i bezpieczne wyprawy po kanałach czy bunkrach. O kanałach i bunkrach, opowiemy Wam jednak w następnym odcinku „Alternatywnika Dąbrowskiego”. Czytajcie już w październiku!
Robert Strzała,
współpraca Wojciech Czyżewski

Who you are?

12 lat temu mieliśmy z zespołem 100 TVarzy Grzybiarzy niewątpliwą frajdę zagrać na „najpiękniejszym festiwalu świata”. Na Przystanku Woodstock znaczy się. Niepisana umowa była taka, że na scenie się nie przeklina. Choć przecież niemal niemożliwością jest, aby zespól rockowy nie przemycił w jakiejś swojej piosence choć jednego przekleństwa. My mieliśmy tego sporo. Ale się dostosowaliśmy do reguł. I nie używaliśmy. Niestety, największym przebojem i równocześnie największym przekleństwem [sic!] naszego zespołu była piosenka „Mały Obrazek”. Utwór składający się tylko i wyłącznie z wulgaryzmów, którego przesłaniem (co zawsze podkreślałem i podkreślał będę) było i jest ogólnopolskie zubożenie słownictwa. Bo przecież pewnie każdy z nas był świadkiem/podsłuchiwaczem rozmowy, którą można streścić zdaniem, że „co „kurwa” to słowo”. W każdym razie – mimo niepisanej umowy ludzie pod sceną zaczęli domagać się „przeboju”. Na bis. Jurek Owsiak podbiegł i powiedział – „Dawajcie! ONI też tych słów używają, a problem rzeczywiście jest!”. No i zagraliśmy…
Zdania na temat samego koncertu były podzielone…

12 lat później dowiaduję się, że ten sam Owsiak oskarżony jest o używanie słów na „p” i na „k”! I to jest kolejna z „sytuacji, w których serce klęka”.  Bo przecież wiem, że wcale nie chodzi o żadne brzydkie słowa, a kolejne uderzenie w człowieka, którego zbyt wielu ludzi szanuje, kocha i dałoby się  za niego pokroić. Nie, nie przesadzam… Każdy, kto choć raz był na Woodstocku i słuchał, jak mówi do zgromadzonych pod sceną, wie, że gros z nich poszłoby za nim i za jego słowami/działaniami na koniec świata. Albo jeszcze dalej. Jeśli do tego dodamy fakt, że facet mówi, co myśli, myśli w sposób samodzielny, nieposłuszny i nieprawomyślny oraz że pod sceną znajduje się kilkadziesiąt tysięcy ludzi (2017 to ok.220.000, a rekord z 2011 wyniósł ok. 700.000!), a na portalu społecznościowym obserwuje go 360 tysięcy – okaże się, że może to być człowiek naprawdę niebezpieczny. Dla każdej władzy. A już na pewno dla tej, którą krytykuje. Żadna władza bowiem tego nie lubi. Zresztą – nie oszukujmy się. Nikt nie lubi. Nic przyjemnego. Zwykły jednak człowiek ma zawsze na swoją obronę coś, czego władza najczęściej (bo przecież nie zawsze) nie posiada (choć, gdyby posiadała i nie była nadętą, na pewno by na tym zyskała). Nazywa się to dystans i poczucie humoru.
Rozwiązań problemu(?) takich charyzmatycznych Owsiaków jest, oczywiście, kilka. Jednym na przykład jest dialog, drugim próba dowalenia i zaszczucia. A koń, jaki jest, każdy widzi.

Wracając jednak do samego przeklinania. Nie jest prawdą, że to domena ludzi niewykształconych, chamów i prostaków. Podobno Antoni Słonimski potrafił przeklinać przez trzy minuty nie powtarzając ani jednego wyrazu. Nie jest też prawdą, że do literatury przemycili  je na przełomie lat 80/90 XX wieku twórcy związani z „bruLionem”. Pojawiały się już u Katullusa (rzymskiego poety, żyjącego w I w.p.n.e.), a prawdopodobnie i wcześniej. Przeklinał „ojciec poezji polskiej” Jan Kochanowski. Tak, ten sam człowiek, który opłakiwał śmierć Urszulki i którego teksty poznaje się już w szkole podstawowej, pisywał takie fraszki (tzw. „obsceny”), że nie nadają się, aby je tutaj cytować. Używał wulgaryzmów Fredro, Mickiewicz (choć pamiętajmy, że autorstwo „XIII Księgi Pana Tadeusza” przypisuje się A.Fredrze, T.Boyowi-Żeleńskiemu lub W.Zagórskiemu, a „kutas” i „chujec” w samym „Panu Tadeuszu” oznaczają zupełnie coś innego, niż dziś – odpowiednio: element ozdobny, coś w rodzaju pomponika i wieprza), Tuwim (z moim ulubionym krótkim wierszykiem „Na jednego endeka, co na mnie szczeka”), Witkacy, Bursa, Hłasko i wielu, wielu innych. Trochę na marginesie dodam, że nieodmienną radość budzi w gimnazjalistach ten fragment najbardziej znanego opowiadania Hemingwaya, w którym Santiago zwraca do morza niezbyt pieszczotliwym „ty kurwo”. O poetach i powieściopisarzach współczesnych nie wspominam, ale proszę sobie tylko wyobrazić twórczość na przykład Masłowskiej, Vargi, Szczerka albo Sapkowskiego z wyciętymi „brudami”.

Żeby jednak nie popaść w ton wykładowo-przemądrzalski, ani (tym bardziej) nie być posądzonym o przypisywanie Owsiakowi jakichś literackich zasług (za poetę go akurat nie uważam; przyznaję natomiast, że blisko mi do określenia „trybun ludowy”), wróćmy na chwilę do samego zarzutu. IDIOTYCZNEGO!
Przygotowanego w myśl zasady „dajcie mi człowieka, a paragraf zawsze się znajdzie” (wiecie, kto to powiedział). Bo skoro nie udało się Woodstocku zatrzymać obostrzeniami prawnymi (impreza o podwyższonym ryzyku, odrzucenie współpracy z niemieckimi służbami mundurowymi), skoro nie udało się zohydzić Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która w bieżącym roku znowu pobiła wszelkie rekordy zbiórki, próbuje się uderzyć w Człowieka, który nią dyryguje. I nie znajduję innych określeń, jak świństwo, małość i głupota. Mądry wiedziałby przecież, że społeczeństwo to wcale nie jest „ciemny lud, który wszystko kupi”. I że takie akcje raczej odwracają się przeciwko niemu. Że istnieje coś takiego jak nieposłuszeństwo obywatelskie. Problem polega jednak na tym, że – jak śpiewał Kazik – „debil nie wie, że jest debil, a mądry to wie”.
Oczywiście, że mógł Owsiak użyć innego słowa. Tylko, że jak mówił w jednym z wywiadów prof. Jan Miodek  „wulgaryzmy są stare jak świat i nie sposób się od nich uwolnić. Są takie sytuacje życiowe, w których jesteśmy bardzo źli, zdenerwowani, czy nawet bezradni. Pewne zjawiska są dla nas ekstremalnie negatywne i kiedy do ich wyrażenia brakuje już normalnych słów, wtedy sięgamy po wulgaryzmy”.

No to kto z Państwa, będąc Owsiakiem, by się pohamował?

(„Przegląd Dąbrowski, wrzesień 2017)
[tradycyjnie - ze względu na objętość - nie wszystko zmieściło się w wersji papierowej]

Na ten nowy rok!

[ze względu na objętość do papierowej wersji okroiłem poniższy tekst o fragment zaznaczony kursywą]

Nie było mnie cały sierpień i całkowicie odciąłem się od polityki (światowej, polskiej, lokalnej), wydarzeń bardziej i mniej aktualnych, fejsbukowych sporów, problemów. Ech, gdyby tak się dało przez rok cały! Bo lekko mi było, przyjemnie i dobrze. I wpadłem wręcz na pomysł, żeby po powrocie trwać w tym błogim stanie. Bo przecież to wszystko, o czym wspomniałem to drobnostki, błahostki, a najważniejsze jest blisko i najbliżej. Rodzina, przyjaciele, napotkany życzliwy człowiek, chleb z masłem dzielony na 8 osób. Nad górską rzeką, pod niebem pełnym gwiazd.
No i przyjeżdżam taki pełen optymizmu do domu i znajomy opowiada mi o (tradycyjnie anonimowych) zdaniach, które gdzieś tam słyszał, czy przeczytał, a z których wynika, że ostatni rok w dąbrowskiej oświacie należał do trudnych i że wielu nauczycieli straciło pracę. No i ja się z tym zgadzam. Żadne odkrycie. Rok był niewątpliwie trudny, nerwowy, pełen obaw oraz (chyba jednak niespełnionych) nadziei. Co prawda wydaje mi się, że następne lata mogą być jeszcze trudniejsze, ale dobra, pal sześć, było trudno. Bo wbrew temu, co mówiono nam od dwóch lat – nie ma opcji: tzw. reforma edukacji musi/ała poskutkować utratą pracy.
I słyszę, że zwalniani nauczyciele są tymi, którzy są niewygodni. I w pysk dostaję tym tłumaczeniem. Bo okazuje się też, że nauczycieli w Dąbrowie nie zwalnia reforma, a źli dyrektorzy i stojący za nimi urzędnicy. Dodatkowo – zwalnia się za to, że są to ludzie lubiani, ambitni, dobrzy. Bo stanowią zagrożenie!

No więc ja się nie zgadzam!
Gdyż po pierwsze – tak krawiec kraje, jak mu materii staje i choćby nie wiem, jak to liczyć: reforma edukacji pozbawiła i pozbawi pracy ogromną grupę nauczycieli! Można znaleźć liczne dane na ten temat, liczby podawane przez poszczególne samorządy (pierwsze z brzegu linki - link1 link2). Jeśli ktoś nie dowierza – podam taki przykład(zik): w moim ulubionym Plastyku funkcjonują (sytuacja będzie miała miejsce jeszcze przez 5 lat) dwie szkoły – Ogólnokształcąca Szkoła Sztuk Pięknych (sześcioletnią naukę zakończoną egzaminem maturalnym rozpoczynało się po 6 klasie szkoły podstawowej) oraz Liceum Plastyczne (czteroletnia nauka po ukończeniu gimnazjum). Jak łatwo policzyć, w szkole musiało być minimum 10 oddziałów (faktycznie w ubiegłym roku szkolnym było ich 12 – dwa roczniki były podwójne). W wyniku reformy w tym roku będzie o jedną klasę mniej, w przyszłym dwie, potem trzy i tak dalej. W najgorszym wypadku dojdzie do tego, że w szkole funkcjonować będzie pięć klas (pięcioletnie liceum). W tak dobrej i fajnej szkole! Było 12, jest pięć. Nikt nie straci pracy? Samorząd go zwolni? Prezydent? Rada Miejska? Czy może po prostu siatka godzin.

Dokrawa/przykrawa/skrawa się godziny dla ludzi, którzy są specjalistami w różnych dziedzinach, tylko dlatego, że nie można dać im godzin normalnie, zgodnie z wykształceniem. Dyrektorzy (tak wynika przynajmniej z mojego doświadczenia i obserwacji) dwoją się i troją, ale są momenty, że po prostu nie ma jak i nie da się inaczej. Więc 10 godzin przedmiotu i 5 świetlicy i trzy nauczania indywidualnego. W zależności, czy dziecko jest, czy go nie ma. Jak nie ma, odpracowujesz wtedy, kiedy wymaga tego terminarz zastępstw. Np. 4 godziny po skończonej pracy, kiedy czekasz na indywidualne zajęcia, a dziecko nie przychodzi, bo akurat nie ma weny lub  źle się poczuło na trzy minuty przed zajęciami.


Znam argument – „dobra, dobra, tutaj będzie mniej, ale w podstawówkach pojawią się przecież ogromne możliwości”. Ok, może jakoś uda się utrzymać na powierzchni „ogólniakom” (nie wszystkim, to pewne). Co jednak z nauczycielami przedmiotów artystycznych (plastykami, muzykami, tancerzami)?

Po drugie – najgorsza jednak w powyższych opiniach była jednak sugestia, że ci wszyscy, których akurat w tym roku nie zwolniono, to ci, którzy są gorsi, ale „poukładani”. Czyli na przykład ja i wszyscy ci moi Przyjaciele i znajomi, którym udało się pracę utrzymać. Wspaniali ludzie, niezwykli fachowcy. W dodatku wszystko to podlewa się sosem troski o ucznia. Że źle mu w takiej atmosferze, że to odczuwa, ale… …jest bezsilny…
I to już przekracza granice mojej tolerancji! To wykorzystywanie figury młodzieży do swoich niskich celów. Oczerniania jednych i odwoływaniu się do wartości. Powoływania się na dobro i przyszłość narodu przy równoczesnym napuszczaniu jednych na drugich i wskazywania, że ci, którzy zostają w szkole, to miernoty i sprzedawczyki. I zwyczajnie chce mi się rzygać. Tak fizycznie. Bo to obrzydliwe, niesprawiedliwe i niegodne. Celem jest bowiem przecież przerzucenie winy i przejęcie władzy. Stołki…
Nie mówię, że w dąbrowskich szkołach jest różowo. Na pewno nie we wszystkich, może w żadnej. Myślę sobie, że gdzieś jest lepiej, gdzieś gorzej. Gdzieś zarządza się wzorcowo, a gdzieś woła to o pomstę do nieba. Gdzieś dyrektor jest otwarty, pomocny i przyjacielski, a gdzieś zwyczajnie nie nadaje się do pracy z ludźmi, a co najwyżej do pilnowania psa, który pilnuje budy albo do sprzątania w firmie, która sprząta w innej firmie. Gdzieś w szkole wszystko gra i buczy, a gdzieś wieje nudą i rutyną. Są źli i dobrzy kierowcy, kucharze, lekarze. Są zatem źli i dobrzy nauczyciele, dyrektorzy. Inna sprawa, że nie do końca rozumiem, dlaczego w większości szkół dyrektorami zostają nauczyciele, a nie jacyś menadżerowie i fachowcy? Będąc doskonałym pasażerem, nie muszę być przecież dobrym albo chociaż średnim kierowcą.

Podsumowując – problem ze zwolnieniami byłby mniejszy, gdyby nie tzw. reforma edukacji, a każda zmiana władzy zaowocuje zapewne zmianą kadry kierowniczej (obsadzi się przecież stanowiska swoimi ludźmi), ale śmiem wątpić, czy wpłynie to na jakość pracy szkół i panującą w nich atmosferę. Obsadzać się bowiem będzie wedle własnych znajomości/układów/zbieżnych poglądów politycznych. A, żeby doszło do zmian na lepsze, trzeba to zrobić wedle kompetencji, umiejętności interpersonalnych, a przede wszystkim – bycia mądrym i dobrym Człowiekiem…
Tak, wiem… …utopia…

(„Przegląd Dąbrowski”, sierpień 2017)

Pomysł na kampanię wyborczą

Mój kolega B. opowiadał ostatnio dwie historie. Jedna była o Marku Jurku, a druga, że Elon Musk oświadczył, że do 2020 roku  osiedli milion ludzi na Marsie. I tak się złożyło, że zmiksowały mi się te dwa wątki.
I generalnie jest to pomysł na kampanię wyborczą (może być wyżej wymienionego polityka, ale w sumie odsprzedam każdemu):

Polityk ogłasza wiekopomne odkrycie, że wie, jak do 2020 roku zasiedlić Czerwoną Planetę. I że to zrobi. A plan jest następujący: „W ciągu najbliższych trzech lat ujawnię swoje hasło i program wyborczy. Zrobię to niemal w ostatniej chwili przed wyborami.  A wszystko to będzie takie, że wyjebie was wszystkich w kosmos”.

Napisz do Kasi

Droga Kasiu, co robić?
Moje nieochrzczone dzieci nie uczęszczają na religię w szkole, wspólnie nie chodzimy do kościoła i ogólnie jesteśmy poza wszelkim uczestnictwem. No może oprócz tego, że wciskam im do czytania „Książkę nad książkami” Kamieńskiej albo tłumaczę, o co chodzi zarówno w biblijnych historiach, jak i liturgii. Bo powinni wiedzieć i znać, jak najlepiej to możliwe. Między innymi i w dużym uproszczeniu dlatego, że Kultura.

Zaznaczam, że Iga ma lat 11 i jest taka sytuacja:
Jednego dnia koleżka z ławki jej mówi, że on nie będzie siedział z ludźmi niewierzącymi. Więc moje dziecko (kulturalnie mając to w dupie) się przesiada. Żeby nie siać afery. Bo szkoda sensu.
Dnia innego tenże sam chłopczyk, a oprócz niego jakaś podwórkowa ekipa latają za nią po podwórku i on czymś tam ją uderza. I łażą i mantrują swoją motywację. Która jest, jak wyżej. Czyli każdy widzi jaka.

Czy masz jakieś inne porady oprócz tego, że ostatnio, w pełni zdając sobie sprawę z całkowitej „niewychowawczości” i wykluczając wszelkie zasady pedagogiki, uczę swoją jedenastoletnią i niezbyt asertywną córkę (bo gdyby to był syn, podejrzewam, że poradziłby sobie dość szybko) mówić „weź spierdalaj”?
Co prawda na ucho, ale wymownie i sugestywnie.

Nie mam pomysłu na inne (może bardziej subtelne, choć prawdę mówiąc nie znajduję tu miejsca na subtelności) rozwiązania, więc ciekaw jestem, Droga Kasiu, Twojej rady…

#popcorn #bravogirl