(link do tekstu)

W czerwcowym “Alternatywniku” wspominaliśmy ducę i inne gry hazardowe. Nie samym jednak hazardem żyło dąbrowskie osiedle. Były przecież zabawy nożem, gra w „Wyścig Pokoju”, skakanie na gumie czy zabawy na trzepaku.

Lata 80. Czas, kiedy życie uczennic i uczniów dąbrowskich „tysiąclatek” koncentrowało się na zewnątrz, pod blokiem, za blokiem, gdy całymi dniami krążyliśmy na rowerach ze szprychami dla tzw. szpanu oplecionymi kolorową bibułą, kiedy wszyscy byliśmy podobnie beznadziejnie ubrani i wszyscy, od czasu do czasu, pełniliśmy rolę „staczy” w długich kolejkach po „rzuconą” właśnie kawę lub bułgarskie arbuzy. Dominowała świadomość braku, poczucie, że nie wszystko można mieć, gdy w tzw. gospodarce niedoboru za przedmiot westchnień uchodziły gumy „Donaldy” z Pewexu, metalowy model samochodu na resorach, a ostatnie strony „Świata Młodych” z komiksami w odcinkach kompletowano w drogocenne kolekcje. Wszyscy mieliśmy mniej więcej to samo i w podobnych ilościach, dlatego tak bardzo liczyło się, kto dobrze gra „w jednego” albo układa najładniejsze kwiatowe ołtarzyki pod kawałkiem szkła. Słowem – konkurencja była ważna.
Przechodziłem ostatnio przez mój kraj lat dziecinnych, czyli podwórko między blokami 99, 101, 103 i 105 na Mydlicach. Usiadłem na chwilę na ławeczce i dopadła mnie refleksja, jak to było możliwe, że mogliśmy w tym miejscu rozgrywać regularne mecze piłkarskie. W drużynach o dowolnej liczbie piłkarzy (wszystko zależało, kto akurat „wyszedł na dwór”, bo u nas wychodziło się na dwór, a nie na pole), na powierzchni z krzywych płyt chodnikowych i z ławkami (ewentualnie drabinkami) w roli bramek. Jak się tam mieściliśmy? Dlaczego nie przeszkadzała nam kiepska nawierzchnia albo fakt, że jedna bramka wcale nie była na wprost drugiej? Może dlatego, że nie było orlików i brało się, co było? Może fakt, że asfaltowe boisko szkolne było okupowane przez starszych? A może przede wszystkim to, że najważniejsze było samo przebywanie na podwórku, a nie jakieś małostkowe problemy teraz przeze mnie wymyślane?
I siedziałem na tym niby boisku i próbowałem sobie przypomnieć, jakie jeszcze gry i zabawy „stosowaliśmy”. O ducy pisaliśmy z Wojtkiem Czyżewskim w wydaniu czerwcowym. Wspomniałem też wtedy o mrożącym mi dziś krew w żyłach berku i chowanym na betonowych rurach za osiedlem. I przypomniałem sobie „Wyścig Pokoju”. Czyli po prostu „kapsle”.
Pierwszy Uve Ampler albo Olaf Ludwig
Nazwa pochodzi, oczywiście, od największego w Europie Wschodniej amatorskiego wyścigu kolarskiego na trasie Warszawa-Berlin-Praga (kolejność miast była zmienna). Nie wiem dlaczego, ale mnie się zawsze wydawało, że ten wyścig wygrywali wyłącznie kolarze enerdowscy. Jak nie Uve Ampler (rzeczywiście triumfował aż cztery razy) to Olaf Ludwig (wygrał dwukrotnie). Kredą rysowało się na chodniku (najlepiej asfaltowym) trasę, dróżkę taką, z linią startu i mety. Po drodze można było napotkać różne „przeszkody” – trasa to zwężała się, to była szersza, czasem przerwa musiała oznaczać skok. Kolarzami były kapsle. Wkładało się do wnętrza kapsla flagę danego państwa (oprócz Czechosłowacji i Polski – gdyż wiadomo było, że jak nie wygrywają w prawdziwym wyścigu, nie wygrają i w podwórkowym; dużym wzięciem cieszyły się kraje o nazwach orientalnych, flagach dziwacznych; moim faworytem była na przykład Sri Lanka), zalewało się stearyną i się grało. Przed grą dobrze było poszurać trochę kapslem po asfalcie lub betonie, żeby się potem lepiej ślizgał na trasie. Każdy miał trzy pstryknięcia, jeśli wyjechał poza trasę, cofał się i tak aż do mety. Oczywiście, znowu jak w przypadku ducy, tylko w teorii zasady były proste. Bo już stwierdzenie, czy kapsel na tzw. słowo honoru stojący na cienkiej kredowej linii wyjechał za trasę czy nie, budziło zażarte spory. Jeszcze gorzej, gdy zawodnik ściął zakręt – była łaja (tak się na to mówiło) czy nie? – spierali się grający. Tak czy inaczej, gra była pasjonująca, trasy wiły się przez chodniki, schody, podwórka, a my spędzaliśmy czas na dworze z kieszeniami wypchanymi kapslami i umorusani kredą. Pewnik stanowi też fakt, że niejeden/ niejedna z nas usłyszał/a sporo „ciepłych słów” od swoich rodziców, kiedy okazywało się, że atlas geograficzny jest w środku mocno wybrakowany i pocięty (skądś musieliśmy przecież te flagi brać). Chyba gorzej było tylko wtedy, jeśli wycinało się z encyklopedii. Choć gra nieodmiennie kojarzy się z ciepłymi porami roku, Olek mówi, że bywały i wersje zimowe: – Zimą graliśmy u mnie w domu, jako że w przedpokoju i w kuchni miałem płytki PCV, więc po grze kredę można było łatwo umyć. Jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że rodzice chodzili do pracy na rano, a my na drugą zmianę, łatwiej będzie nam to sobie wyobrazić. Swoją drogą i trochę z innej beczki – najbardziej w chodzeniu na 13.35 lubiłem „Film dla drugiej zmiany”, czyli dla tych wszystkich DOROSŁYCH, którzy szli do pracy na 14 i nie mogli obejrzeć filmu o 20.00 (po „Dzienniku Telewizyjnym”). Puszczano zatem ten sam film o godzinie 10.10, a ponieważ rodzice moi i moich kolegów chodzili do pracy rano, a my przez jeden semestr na popołudnie, oglądaliśmy może nie wszystko jak leci, ale zawsze, gdy był film polski lub czeski – nie można było go odpuścić. Wiadome było bowiem, że musi pojawić się w nim cała lub chociaż fragmentaryczna „goła baba”. Najbardziej śmieszyła nas tabliczka „Tylko dla dorosłych” (na przykład przed serialem „Tulipan”). O 10:00 rano w Polsce.
Walka na noże
Jedną z moich ulubionych gier były „państwa”. Na stronie www.retropewex.pl znajduję taki opis zasad – obowiązujący także na dąbrowskich podwórkach: Na ziemi nożem rysowaliśmy koło i dzieliliśmy, jak tort, na 4 części dla 4 graczy (u nas liczba była dowolna i w razie potrzeby koło „kroiło się” na więcej części). Pierwsza osoba mówi, kogo z sąsiadów atakuje i sąsiad schodzi z okręgu. Stojąc na swoim polu, rzuca nożem w pole atakowanego gracza. Wbitym nożem (po linii ostrza) rysuje prostą linię przez pole przeciwnika. Nie może się przy tym podpierać i musi stać na swoim polu. Jak da radę poprowadzić taką linię, „odcina” jeden z kawałków i przyłącza go do siebie, zacierając narysowaną na początku gry granicę między „państwami”. Osoba ta ma kolejny rzut i tak do momentu, aż źle rzuci (nóż się nie wbije, przewróci lub trafi w inne pole niż atakowane) albo nie będzie w stanie poprowadzić prostej linii. Wtedy rzuca kolejna osoba. Ten, kto ma tak małe pole, że nie może na nim ustać – odpada.
Skakanie „w gumę”
Grą typowo „dziewczyńską” była „guma”. Co prawda wielu chłopaków przełamywało schemat i przyłączało się do niej, wielu jednak uważało to za obciach. Podobnie przecież było z siedzeniem w ławce z dziewczyną („z babą”). To niemądre uprzedzenie przechodziło oczywiście z wiekiem. Zawsze zastanawiałem się, czy działało też w drugą stronę, ale jakoś nigdy nie spytałem. To jak to było, Drogie Panie?
Jak sama nazwa wskazuje, do gry w gumę potrzebna jest guma tzw. majtkowa (myślę, że jakieś 3-4 metry) i dowolna liczba graczy (minimum dwójka, z tym, że wtedy potrzebny jest też słupek, trzepak, cokolwiek, na czym z braku człowieka przeciągniemy gumę). Gra polega na wykonywaniu serii skoków bez skuchy (jak ja uwielbiałem to słowo!). Skucha to nic innego jak błąd. Czyli na przykład nadepnięcie na gumę wtedy, kiedy nie trzeba lub odwrotnie – nienadepnięcie, kiedy należy. Dwójka graczy stoi w gumie (najpierw oplecione mają kostki, potem kolana, uda, pas, ramiona, szyje), a trzeci skacze, aż do skuchy. Jeśli skusi, wchodzi do gumy i następuje wymiana gracza (można grać parami, można w drużynach). Po ponownym wkroczeniu do gry, zaczyna skoki od poziomu, na którym odpadł.
Podobno było kilka „systemów”, układów skoków. Z tego, co pamiętam, wśród moich koleżanek najbardziej popularne były „dziesiątki”.
Spalone gary na trzepaku
Nie było też poważnego podwórka bez trzepaka. I choć poza zabawą w „ślepca” albo „kolory” nie pamiętam jakichś szczególnych zabaw (podstawę stanowiły jednak pseudoakrobatyczne ewolucje), to tutaj – poza ducą – koncentrowało się podwórkowe życie.
„Ślepiec” polegał na tym, że po konstrukcji trzepaka poruszali się uczestnicy starający się uniknąć dotyku osoby, która miała zawiązane/zasłonięte oczy. Jak łatwo się domyślić, nowym „ślepcem” zostawała osoba, którą ślepiec dotychczasowy dotknął lub która dotknęła ziemi.
Gra w kolory polegała chyba na rzucaniu nazw kolorów i odpowiednio dotykaniu lub niedotykaniu ziemi. Z tego co pamiętam (a jeśli się mylę, proszę mnie poprawić) na hasło „czarny! ” należało zeskoczyć na ziemię, a ten, który zrobił to ostatni, zamieniał się rolami z tym, który kolory wymyślał.
Jakoś nie przypominam sobie, aby grało się w latach 80/90. w klasy albo cymbergaja. Ja z tą grą spotkałem się dopiero w książkach, a cymbergaja pokazał mi ojciec. I znowu – może na Waszych podwórkach było inaczej? Podzielcie się z nami tymi wspomnieniami…
Natomiast utkwił mi w głowie „chowany z piłką”. Gra o tyle ciekawa, co na maksa trudna do wygrania, czyli odnalezienia wszystkich graczy. „Meldą” była bowiem piłka, którą ustawiało się, powiedzmy, na środku podwórka. Szukający liczył do pięćdziesięciu, stu, iluś tam, po czym szukał. Żeby uznać kogoś za odnalezionego, należało go na piłce zaklepać. Dotknąć jej i użyć zaklęcia typu – „raz, dwa, trzy – Tadzik za śmietnikiem! ”. Problem polegał na tym, że w każdej chwili (najlepsza była taka, w której szukający się oddalił) ukrywający mógł z ukrycia wybiec i uprzedzając zaklepanie, wybić piłkę w cholerę. Dopóki szukający nie odstawił piłki na miejsce, wszyscy złapani mogli się znowu ukryć. I tak aż do momentu wyłapania wszystkich. Pamiętam, że często pojawiały się spory, kto ma być szukającym – czy ten, którego zaklepano pierwszego czy ostatniego?
Hasłem, które nie tylko mnie doprowadzało do szału, były „spalone gary”. Wystarczyło bowiem, że któryś z graczy został zawołany na obiad lub właśnie go zjadł, wyszedł na dwór i postanowił do gry dołączyć, a już inny z uczestników się darł – „Spalone gary!”, co oznaczało, że gra zostaje przerwana i zaczynamy od początku. Co chwilę i znowu. Na podwórku w blokowisku stawało się to naprawdę zmorą… Z drugiej jednak strony – czy naprawdę chodziło nam wtedy o wygrywanie, czy może po prostu tylko (?!) o zabawę?
Oprócz wspomnianych przeze mnie gier, pojawiały się oczywiście podchody i niezbyt już legalne i bezpieczne wyprawy po kanałach czy bunkrach. O kanałach i bunkrach, opowiemy Wam jednak w następnym odcinku „Alternatywnika Dąbrowskiego”. Czytajcie już w październiku!
Robert Strzała,
współpraca Wojciech Czyżewski

12 lat temu mieliśmy z zespołem 100 TVarzy Grzybiarzy niewątpliwą frajdę zagrać na „najpiękniejszym festiwalu świata”. Na Przystanku Woodstock znaczy się. Niepisana umowa była taka, że na scenie się nie przeklina. Choć przecież niemal niemożliwością jest, aby zespól rockowy nie przemycił w jakiejś swojej piosence choć jednego przekleństwa. My mieliśmy tego sporo. Ale się dostosowaliśmy do reguł. I nie używaliśmy. Niestety, największym przebojem i równocześnie największym przekleństwem [sic!] naszego zespołu była piosenka „Mały Obrazek”. Utwór składający się tylko i wyłącznie z wulgaryzmów, którego przesłaniem (co zawsze podkreślałem i podkreślał będę) było i jest ogólnopolskie zubożenie słownictwa. Bo przecież pewnie każdy z nas był świadkiem/podsłuchiwaczem rozmowy, którą można streścić zdaniem, że „co „kurwa” to słowo”. W każdym razie – mimo niepisanej umowy ludzie pod sceną zaczęli domagać się „przeboju”. Na bis. Jurek Owsiak podbiegł i powiedział – „Dawajcie! ONI też tych słów używają, a problem rzeczywiście jest!”. No i zagraliśmy…
Zdania na temat samego koncertu były podzielone…

12 lat później dowiaduję się, że ten sam Owsiak oskarżony jest o używanie słów na „p” i na „k”! I to jest kolejna z „sytuacji, w których serce klęka”.  Bo przecież wiem, że wcale nie chodzi o żadne brzydkie słowa, a kolejne uderzenie w człowieka, którego zbyt wielu ludzi szanuje, kocha i dałoby się  za niego pokroić. Nie, nie przesadzam… Każdy, kto choć raz był na Woodstocku i słuchał, jak mówi do zgromadzonych pod sceną, wie, że gros z nich poszłoby za nim i za jego słowami/działaniami na koniec świata. Albo jeszcze dalej. Jeśli do tego dodamy fakt, że facet mówi, co myśli, myśli w sposób samodzielny, nieposłuszny i nieprawomyślny oraz że pod sceną znajduje się kilkadziesiąt tysięcy ludzi (2017 to ok.220.000, a rekord z 2011 wyniósł ok. 700.000!), a na portalu społecznościowym obserwuje go 360 tysięcy – okaże się, że może to być człowiek naprawdę niebezpieczny. Dla każdej władzy. A już na pewno dla tej, którą krytykuje. Żadna władza bowiem tego nie lubi. Zresztą – nie oszukujmy się. Nikt nie lubi. Nic przyjemnego. Zwykły jednak człowiek ma zawsze na swoją obronę coś, czego władza najczęściej (bo przecież nie zawsze) nie posiada (choć, gdyby posiadała i nie była nadętą, na pewno by na tym zyskała). Nazywa się to dystans i poczucie humoru.
Rozwiązań problemu(?) takich charyzmatycznych Owsiaków jest, oczywiście, kilka. Jednym na przykład jest dialog, drugim próba dowalenia i zaszczucia. A koń, jaki jest, każdy widzi.

Wracając jednak do samego przeklinania. Nie jest prawdą, że to domena ludzi niewykształconych, chamów i prostaków. Podobno Antoni Słonimski potrafił przeklinać przez trzy minuty nie powtarzając ani jednego wyrazu. Nie jest też prawdą, że do literatury przemycili  je na przełomie lat 80/90 XX wieku twórcy związani z „bruLionem”. Pojawiały się już u Katullusa (rzymskiego poety, żyjącego w I w.p.n.e.), a prawdopodobnie i wcześniej. Przeklinał „ojciec poezji polskiej” Jan Kochanowski. Tak, ten sam człowiek, który opłakiwał śmierć Urszulki i którego teksty poznaje się już w szkole podstawowej, pisywał takie fraszki (tzw. „obsceny”), że nie nadają się, aby je tutaj cytować. Używał wulgaryzmów Fredro, Mickiewicz (choć pamiętajmy, że autorstwo „XIII Księgi Pana Tadeusza” przypisuje się A.Fredrze, T.Boyowi-Żeleńskiemu lub W.Zagórskiemu, a „kutas” i „chujec” w samym „Panu Tadeuszu” oznaczają zupełnie coś innego, niż dziś – odpowiednio: element ozdobny, coś w rodzaju pomponika i wieprza), Tuwim (z moim ulubionym krótkim wierszykiem „Na jednego endeka, co na mnie szczeka”), Witkacy, Bursa, Hłasko i wielu, wielu innych. Trochę na marginesie dodam, że nieodmienną radość budzi w gimnazjalistach ten fragment najbardziej znanego opowiadania Hemingwaya, w którym Santiago zwraca do morza niezbyt pieszczotliwym „ty kurwo”. O poetach i powieściopisarzach współczesnych nie wspominam, ale proszę sobie tylko wyobrazić twórczość na przykład Masłowskiej, Vargi, Szczerka albo Sapkowskiego z wyciętymi „brudami”.

Żeby jednak nie popaść w ton wykładowo-przemądrzalski, ani (tym bardziej) nie być posądzonym o przypisywanie Owsiakowi jakichś literackich zasług (za poetę go akurat nie uważam; przyznaję natomiast, że blisko mi do określenia „trybun ludowy”), wróćmy na chwilę do samego zarzutu. IDIOTYCZNEGO!
Przygotowanego w myśl zasady „dajcie mi człowieka, a paragraf zawsze się znajdzie” (wiecie, kto to powiedział). Bo skoro nie udało się Woodstocku zatrzymać obostrzeniami prawnymi (impreza o podwyższonym ryzyku, odrzucenie współpracy z niemieckimi służbami mundurowymi), skoro nie udało się zohydzić Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która w bieżącym roku znowu pobiła wszelkie rekordy zbiórki, próbuje się uderzyć w Człowieka, który nią dyryguje. I nie znajduję innych określeń, jak świństwo, małość i głupota. Mądry wiedziałby przecież, że społeczeństwo to wcale nie jest „ciemny lud, który wszystko kupi”. I że takie akcje raczej odwracają się przeciwko niemu. Że istnieje coś takiego jak nieposłuszeństwo obywatelskie. Problem polega jednak na tym, że – jak śpiewał Kazik – „debil nie wie, że jest debil, a mądry to wie”.
Oczywiście, że mógł Owsiak użyć innego słowa. Tylko, że jak mówił w jednym z wywiadów prof. Jan Miodek  „wulgaryzmy są stare jak świat i nie sposób się od nich uwolnić. Są takie sytuacje życiowe, w których jesteśmy bardzo źli, zdenerwowani, czy nawet bezradni. Pewne zjawiska są dla nas ekstremalnie negatywne i kiedy do ich wyrażenia brakuje już normalnych słów, wtedy sięgamy po wulgaryzmy”.

No to kto z Państwa, będąc Owsiakiem, by się pohamował?

(„Przegląd Dąbrowski, wrzesień 2017)
[tradycyjnie - ze względu na objętość - nie wszystko zmieściło się w wersji papierowej]

[ze względu na objętość do papierowej wersji okroiłem poniższy tekst o fragment zaznaczony kursywą]

Nie było mnie cały sierpień i całkowicie odciąłem się od polityki (światowej, polskiej, lokalnej), wydarzeń bardziej i mniej aktualnych, fejsbukowych sporów, problemów. Ech, gdyby tak się dało przez rok cały! Bo lekko mi było, przyjemnie i dobrze. I wpadłem wręcz na pomysł, żeby po powrocie trwać w tym błogim stanie. Bo przecież to wszystko, o czym wspomniałem to drobnostki, błahostki, a najważniejsze jest blisko i najbliżej. Rodzina, przyjaciele, napotkany życzliwy człowiek, chleb z masłem dzielony na 8 osób. Nad górską rzeką, pod niebem pełnym gwiazd.
No i przyjeżdżam taki pełen optymizmu do domu i znajomy opowiada mi o (tradycyjnie anonimowych) zdaniach, które gdzieś tam słyszał, czy przeczytał, a z których wynika, że ostatni rok w dąbrowskiej oświacie należał do trudnych i że wielu nauczycieli straciło pracę. No i ja się z tym zgadzam. Żadne odkrycie. Rok był niewątpliwie trudny, nerwowy, pełen obaw oraz (chyba jednak niespełnionych) nadziei. Co prawda wydaje mi się, że następne lata mogą być jeszcze trudniejsze, ale dobra, pal sześć, było trudno. Bo wbrew temu, co mówiono nam od dwóch lat – nie ma opcji: tzw. reforma edukacji musi/ała poskutkować utratą pracy.
I słyszę, że zwalniani nauczyciele są tymi, którzy są niewygodni. I w pysk dostaję tym tłumaczeniem. Bo okazuje się też, że nauczycieli w Dąbrowie nie zwalnia reforma, a źli dyrektorzy i stojący za nimi urzędnicy. Dodatkowo – zwalnia się za to, że są to ludzie lubiani, ambitni, dobrzy. Bo stanowią zagrożenie!

No więc ja się nie zgadzam!
Gdyż po pierwsze – tak krawiec kraje, jak mu materii staje i choćby nie wiem, jak to liczyć: reforma edukacji pozbawiła i pozbawi pracy ogromną grupę nauczycieli! Można znaleźć liczne dane na ten temat, liczby podawane przez poszczególne samorządy (pierwsze z brzegu linki - link1 link2). Jeśli ktoś nie dowierza – podam taki przykład(zik): w moim ulubionym Plastyku funkcjonują (sytuacja będzie miała miejsce jeszcze przez 5 lat) dwie szkoły – Ogólnokształcąca Szkoła Sztuk Pięknych (sześcioletnią naukę zakończoną egzaminem maturalnym rozpoczynało się po 6 klasie szkoły podstawowej) oraz Liceum Plastyczne (czteroletnia nauka po ukończeniu gimnazjum). Jak łatwo policzyć, w szkole musiało być minimum 10 oddziałów (faktycznie w ubiegłym roku szkolnym było ich 12 – dwa roczniki były podwójne). W wyniku reformy w tym roku będzie o jedną klasę mniej, w przyszłym dwie, potem trzy i tak dalej. W najgorszym wypadku dojdzie do tego, że w szkole funkcjonować będzie pięć klas (pięcioletnie liceum). W tak dobrej i fajnej szkole! Było 12, jest pięć. Nikt nie straci pracy? Samorząd go zwolni? Prezydent? Rada Miejska? Czy może po prostu siatka godzin.

Dokrawa/przykrawa/skrawa się godziny dla ludzi, którzy są specjalistami w różnych dziedzinach, tylko dlatego, że nie można dać im godzin normalnie, zgodnie z wykształceniem. Dyrektorzy (tak wynika przynajmniej z mojego doświadczenia i obserwacji) dwoją się i troją, ale są momenty, że po prostu nie ma jak i nie da się inaczej. Więc 10 godzin przedmiotu i 5 świetlicy i trzy nauczania indywidualnego. W zależności, czy dziecko jest, czy go nie ma. Jak nie ma, odpracowujesz wtedy, kiedy wymaga tego terminarz zastępstw. Np. 4 godziny po skończonej pracy, kiedy czekasz na indywidualne zajęcia, a dziecko nie przychodzi, bo akurat nie ma weny lub  źle się poczuło na trzy minuty przed zajęciami.


Znam argument – „dobra, dobra, tutaj będzie mniej, ale w podstawówkach pojawią się przecież ogromne możliwości”. Ok, może jakoś uda się utrzymać na powierzchni „ogólniakom” (nie wszystkim, to pewne). Co jednak z nauczycielami przedmiotów artystycznych (plastykami, muzykami, tancerzami)?

Po drugie – najgorsza jednak w powyższych opiniach była jednak sugestia, że ci wszyscy, których akurat w tym roku nie zwolniono, to ci, którzy są gorsi, ale „poukładani”. Czyli na przykład ja i wszyscy ci moi Przyjaciele i znajomi, którym udało się pracę utrzymać. Wspaniali ludzie, niezwykli fachowcy. W dodatku wszystko to podlewa się sosem troski o ucznia. Że źle mu w takiej atmosferze, że to odczuwa, ale… …jest bezsilny…
I to już przekracza granice mojej tolerancji! To wykorzystywanie figury młodzieży do swoich niskich celów. Oczerniania jednych i odwoływaniu się do wartości. Powoływania się na dobro i przyszłość narodu przy równoczesnym napuszczaniu jednych na drugich i wskazywania, że ci, którzy zostają w szkole, to miernoty i sprzedawczyki. I zwyczajnie chce mi się rzygać. Tak fizycznie. Bo to obrzydliwe, niesprawiedliwe i niegodne. Celem jest bowiem przecież przerzucenie winy i przejęcie władzy. Stołki…
Nie mówię, że w dąbrowskich szkołach jest różowo. Na pewno nie we wszystkich, może w żadnej. Myślę sobie, że gdzieś jest lepiej, gdzieś gorzej. Gdzieś zarządza się wzorcowo, a gdzieś woła to o pomstę do nieba. Gdzieś dyrektor jest otwarty, pomocny i przyjacielski, a gdzieś zwyczajnie nie nadaje się do pracy z ludźmi, a co najwyżej do pilnowania psa, który pilnuje budy albo do sprzątania w firmie, która sprząta w innej firmie. Gdzieś w szkole wszystko gra i buczy, a gdzieś wieje nudą i rutyną. Są źli i dobrzy kierowcy, kucharze, lekarze. Są zatem źli i dobrzy nauczyciele, dyrektorzy. Inna sprawa, że nie do końca rozumiem, dlaczego w większości szkół dyrektorami zostają nauczyciele, a nie jacyś menadżerowie i fachowcy? Będąc doskonałym pasażerem, nie muszę być przecież dobrym albo chociaż średnim kierowcą.

Podsumowując – problem ze zwolnieniami byłby mniejszy, gdyby nie tzw. reforma edukacji, a każda zmiana władzy zaowocuje zapewne zmianą kadry kierowniczej (obsadzi się przecież stanowiska swoimi ludźmi), ale śmiem wątpić, czy wpłynie to na jakość pracy szkół i panującą w nich atmosferę. Obsadzać się bowiem będzie wedle własnych znajomości/układów/zbieżnych poglądów politycznych. A, żeby doszło do zmian na lepsze, trzeba to zrobić wedle kompetencji, umiejętności interpersonalnych, a przede wszystkim – bycia mądrym i dobrym Człowiekiem…
Tak, wiem… …utopia…

(„Przegląd Dąbrowski”, sierpień 2017)

Mój kolega B. opowiadał ostatnio dwie historie. Jedna była o Marku Jurku, a druga, że Elon Musk oświadczył, że do 2020 roku  osiedli milion ludzi na Marsie. I tak się złożyło, że zmiksowały mi się te dwa wątki.
I generalnie jest to pomysł na kampanię wyborczą (może być wyżej wymienionego polityka, ale w sumie odsprzedam każdemu):

Polityk ogłasza wiekopomne odkrycie, że wie, jak do 2020 roku zasiedlić Czerwoną Planetę. I że to zrobi. A plan jest następujący: „W ciągu najbliższych trzech lat ujawnię swoje hasło i program wyborczy. Zrobię to niemal w ostatniej chwili przed wyborami.  A wszystko to będzie takie, że wyjebie was wszystkich w kosmos”.

Droga Kasiu, co robić?
Moje nieochrzczone dzieci nie uczęszczają na religię w szkole, wspólnie nie chodzimy do kościoła i ogólnie jesteśmy poza wszelkim uczestnictwem. No może oprócz tego, że wciskam im do czytania „Książkę nad książkami” Kamieńskiej albo tłumaczę, o co chodzi zarówno w biblijnych historiach, jak i liturgii. Bo powinni wiedzieć i znać, jak najlepiej to możliwe. Między innymi i w dużym uproszczeniu dlatego, że Kultura.

Zaznaczam, że Iga ma lat 11 i jest taka sytuacja:
Jednego dnia koleżka z ławki jej mówi, że on nie będzie siedział z ludźmi niewierzącymi. Więc moje dziecko (kulturalnie mając to w dupie) się przesiada. Żeby nie siać afery. Bo szkoda sensu.
Dnia innego tenże sam chłopczyk, a oprócz niego jakaś podwórkowa ekipa latają za nią po podwórku i on czymś tam ją uderza. I łażą i mantrują swoją motywację. Która jest, jak wyżej. Czyli każdy widzi jaka.

Czy masz jakieś inne porady oprócz tego, że ostatnio, w pełni zdając sobie sprawę z całkowitej „niewychowawczości” i wykluczając wszelkie zasady pedagogiki, uczę swoją jedenastoletnią i niezbyt asertywną córkę (bo gdyby to był syn, podejrzewam, że poradziłby sobie dość szybko) mówić „weź spierdalaj”?
Co prawda na ucho, ale wymownie i sugestywnie.

Nie mam pomysłu na inne (może bardziej subtelne, choć prawdę mówiąc nie znajduję tu miejsca na subtelności) rozwiązania, więc ciekaw jestem, Droga Kasiu, Twojej rady…

#popcorn #bravogirl

LINK ŹRÓDŁOWY czyli #AlternatywnikDąbrowski
Autorzy dzisiejszych alternatywnikowych opowieści pamiętają jedno – że się grało. Grało się zawsze, wszędzie, z niepohamowaną zaciętością i wypiekami na twarzy… Bo grało się o pieniądze. Co więcej – grało się pieniędzmi!

Po pierwsze i najważniejsze – duca

Wspomina Wojciech Czyżewski:

Lata osiemdziesiąte. Wiosna i lato są inne, osiedla są inne, szkoły i drzewa są inne, inna jest trawa i krzewy. Po kolei: wiosna jest łagodna, lato zaczyna się w czerwcu, pod klatkami schodowymi stoją, skaczą, biegają dzieciaki, młodzież siedzi na ławkach, siedzi inaczej, bo nie na tym do siedzenia, tylko na oparciach, osiedla są szare, betonowe bloki pokryte liszajami kiepskiej farby otacza asfalt i chodniki z nierównych i popękanych płytek, i pryzmy ziemi, i żelastwo, wszystkie szkoły są takie same, te same krzesełka, ławki, te same lamperie, toalety i zapach – też ten sam; chemii, kurzu, betonu, drzewa to topole, innych prawie nie ma, trawa jest dzika, a właściwie to trawy też nie ma, bo wszystko zadeptane, żywopłoty zmieniają się w chaszcze i ćwierkają stadami wróbli ukrytych w ich gąszczu (wróbel jest nudny, wszędzie go pełno, niewiarygodne, że dziś prawie zniknął). I hazard, bo o tym będzie mowa. Hazard też jest inny.
Centrum hazardu jest duca. Dla mnie najważniejsza była ta obok rozdzielni prądu, przy kiosku, przed śmietnikiem, nieopodal trzepaka, obok Szkoły Podstawowej nr 12. Idealne położenie, na przecięciu głównych pieszych szlaków osiedla. Teren idealnie wydeptany, gładziutki, w upale twarda skorupa ziemi pokrywała się pajęczyną pęknięć. Magia. I na środku tego dołek, wygrzebany łyżką, niezbyt głęboki, miał średnicę około 5 cm i ostre krawędzie (krawędzie są ważne, o czym później). Tak, to ona – duca. W odległości kilku metrów od ducy ktoś na ziemi wyrysował linię…
Na tej linii w równym rzędzie stoją gracze. Każdy, pomiędzy kciukiem jednej ręki i palcem wskazującym drugiej, trzyma aluminiową jednozłotową monetę. Wszyscy lekko przykucnięci, chwieją się, by nadać monecie odpowiednią rotację i perfekcyjny lot – do środka dołka. Pierwszy rzuca nowy, który właśnie dołączył, wg losowania, jeśli to początek rozgrywek, lub zwycięzca poprzedniej partii. Zasady są proste. To znaczy w ogólnym zarysie, bo jak przychodzi co do czego, to już tak łatwo nie jest i pojawiają się rozbieżności: Czy wolno się „chamić”? Czy tupane dwa, czy trzy razy i czy tylko nogą, czy można ręką? Czy wolno „z kolanka”? Czy po „chamionym” można dwa, czy trzy razy?
Ale od początku: zasady są proste – wygrywa ten, kto trafił monetą do ducy. Jeśli do ducy trafia więcej monet – powstaje pula, zgarniana przez zawodnika, który w kolejnej próbie trafił do ducy. Gdy nie trafi nikt, ten co rzucił najbliżej dołka, kciukiem i palcem wskazującym albo kciukiem i palcem serdecznym, wbija monety. Kolejność wbijania monet dowolna. Sztuka nie jest łatwa. Czasami, jeśli duca ma nierówne brzegi (dlatego lepiej, żeby miała równe) monety zatrzymują się na krawędzi. Wtedy można tupać – wówczas zawodnik staje obok ducy i podskakując, najczęściej do trzech razy, wbija złotówkę do środka. Choć pamiętam „tupaczy”, dla których kilka centymetrów od ducy to było nic… Bo o tym, czy się tupie, czy nie, decyduje wyłącznie tupiący. W wariancie, którego nie lubiliśmy, ale dopuszczalnym, można było tupać ręką. Wtedy dłoń układa się w taki sposób, by powstał podmuch powietrza i uderza obok monety. Powyższe rozwiązanie, połączone z wielkim łapskiem, pozwala na przesunięcie pieniądza nawet o kilkanaście centymetrów. Przyznacie jednak, że mało to finezyjne i trochę nie fair, bo nie wszyscy mają wielkie łapska.

Autorzy alternatywnikowego tekstu podczas gry rekonstrukcyjnej w dniu Industriady w Fabryce Pełnej Życia / foto: Bartosz Kowal
Po nieudanej próbie grę kontynuuje kolejny zawodnik – o kolejności decyduje odległość monet od krawędzi ducy po rzutach. W dyskusyjnych przypadkach odległość tę odmierza się w tip-topach – do pełnego tip-topa, dłońmi ułożonymi na płasko i palcami. Wygrywa ten, kto w ducy umieści ostatnią monetę. Genialnie proste, nieprawdaż?
A co, gdy moneta znajduje się na tyle daleko od ducy, że szansa trafienia wydaje się żadna, za to wielkie jest prawdopodobieństwo podsunięcia pieniądza tak blisko dołka, że kolejny zawodnik raczej bez trudu poradzi sobie z jego wbiciem? I w dodatku jest to ostatnia moneta w grze, więc nie tylko wbije, ale wygra całą pulę? W tej sytuacji można zaproponować podział puli. Mówisz – Grzesiek ja podbijam blisko jak się da, ty dokańczasz i dzielimy się fify-fifty. Grzesiek się zgadza, trafia, jest dobrze. No chyba, że Grzesiek się nie zgodził. Wtedy możesz się „schamić”. Tak, możesz najnormalniej w świecie z całej siły trzepnąć monetą tak mocno, że poleci pod śmietnik albo za trzepak. Wprawdzie twojej sytuacji bardzo to nie poprawia, ale Grzesiek też nie ma łatwo. To znaczy niby trochę ma, bo może, w zależności od zasad, nawet trzy raz pyknąć monetę.
Przy czym, jeśli grzmotnąłeś ją w trawę, może to zrobić z kolanka. Przyjmijmy, że Grzesiek po „schamionym” miał tylko dwie próby. Wiemy, że koleżeński nie jest, więc propozycja podziału, jaką składa Jarkowi, nie zostaje przyjęta. I co robi Grzesiek? A co Ty zrobiłbyś na miejscu Grześka? A co zrobiłbyś, gdy chcesz grać, bo masz kilka złotych z reszty po mleku, a pada deszcz? O tym poniżej.

Po drugie – duca i (nie) cała reszta

Wspomina Robert Strzała

Lubiłem mieszkać na parterze. W podstawówce, jak się zapomniało klucza, można było wejść do domu przez balkon (rodzice zjechali mnie z góry na dół nie raz, nie dwa z tego powodu – że pokazuję drogę złodziejom; pewnie racja), nie było problemu typu nieczynna winda, po wodę w woreczku do „Baśki warzywniaka” wyskakiwało się w momencie. Swoją drogą pamiętacie ten wynalazek – „woda w woreczku”? Zwykła barwiona na czerwono, żółto, zielono lub – rarytas – o smaku coli, w podłużnym niewielkim woreczku (może jak dłoń dorosłego człowieka), ze słomeczką, którą się wbijało w dowolne miejsce. Chłodna czysta żywa chemia. Furora i szaleństwo w środku lata. Napiłbym się i dziś. O matko, jak bardzo bym się napił!
Mieszkanie na parterze miało jednak i swoje wady. Jedną z nich było to, że nie mogłem grać w ducę. Ojciec mój nie znosił tego procederu, bo główne miejsce rozgrywek znajdowało się centralnie pod naszym balkonem. Tata tępił więc hazardzistów z całą mocą. Bo klęli jak stado dorodnych szewców, bo deptali trawnik, który i tak nie miał szans wyrosnąć, gdyż przez jego środek i na skos wydeptano ścieżkę do wspomnianego wyżej warzywniaka; bo nienawidził hazardu (podobno); bo darli się jak zapyzialcy (Leksu, który w tamtych czasach grywał ostro i namiętnie, potwierdza – „No były emocje, stary, nic nie poradzę, o kasę szło przecież! ”). W każdym razie – w związku z tym wszystkim – miałem zakaz. Próbowałem grać w innych częściach osiedla, ale to nie było to samo. Placyk pod naszym balkonem sprawiał, prawdopodobnie ze względu na gabaryty, wrażenie centralnego kasyna (jeśli nie osiedla, to na pewno podwórka). W efekcie – ponieważ nie miałem gdzie i jak trenować – najczęściej dostawałem baty, co oznaczało po prostu utratę gotówki, a bez niej grać się przecież nie dało. No, bo nie oszukujmy się – była to gra na pieniądze.
Jak sobie teraz pomyślę o tym zakazie, to z jednej strony go rozumiem, z drugiej wydaje mi się śmieszny w porównaniu do innych zabaw (?), które wtedy uskutecznialiśmy. Był to bowiem czas powstawania Mydlic Południowych i niedaleko za Szkołą Podstawową nr 30 w stronę „lasku” znajdował się spory plac wypełniony wszelkiego rodzaju sprzętem budowlanym – z naciskiem na metalowe i betonowe rury i konstrukcje. A ponieważ nikt tego nie pilnował, bardzo szybko stało się miejscem naszych zabaw. Głównie w berka i chowanego. Biegowe historie w każdym razie. Jak teraz o tym myślę, po stokroć bardziej wolałbym, żeby moje dziecko grało jednak w ducę.
Grało się – najczęściej złotówkami, tymi aluminiowymi. Chyba, że w grę wchodziła jakaś ostrzejsza rozgrywka, to wtedy nominały zdarzały się wyższe. Choć tak naprawdę wydaje mi się, że wszystko zależało od czasu i wartości pieniądza w danym okresie. Jedni grali złotówkami, a 6 lat wcześniej czy później nominały mogły być zupełnie inne. Myślę, że także dlatego modne stały się nagle… takie torebki (wielkości, ja wiem, kieszeni?), które noszono na szyjach. Wypełnione po brzegi srebrną walutą.
Teren był ważny. Żeby było w miarę płasko, bez traw i innych przeszkód, najlepiej goła ziemia, w której wydłubywano dołek. Zależnie od szkoły i relacji jest mowa o tym, że średnica miała być wielkości pięści lub troszkę większej niż pieniążka. Kilka kroków dalej rysowało się linię i… już.
Szczegóły rozgrywki opisał już Wojtek, więc sobie daruję. Choć z drugiej strony Leksu twierdzi, że „o ducy to by można nowelkę napisać. Z jakąż gracją i jak celnie jedną ręką (tak od siebie) rzucał do ducy niejaki Przemo Kowalski. Było sporo naśladowców, ale nikt jak on nie umiał. Pamiętam, jak te monety idealnie latały. Ech, miał gość stylówę, jak filc”.
Trzeba też dodać, że istniały hybrydy typu „duco-linka”. Wzdłuż ducy rysowało się linię równoległą do rzutu startowego i jeśli się ją przerzuciło, pieniądze natychmiast przepadały.
W czasie niepogody i w zamkniętych pomieszczeniach (klatka schodowa, piwnice, szkolna szatnia) ciupano w „ściankę”, „linkę” i „spuszczane” (ach, te piękne i krótkie nazwy, oddające całe sedno). Moim zdaniem te gry pozbawione były wielowątkowości i finezji ducy. Ścianka polegała bowiem na rzucaniu monet w stronę ściany. Kasę zawijał ten, który rzucił najbliżej. Podobnie rzecz miała się z „linką”, z tym że jak nazwa wskazuje, rzucało się w stronę narysowanej linii. Leksu mówi, że jego ulubiona gra nazywała się „spuszczane”. Chodziło w niej, a jakże!, o spuszczanie monet jedna na drugą, z wysokości pasa mniej więcej. Kasę zgarniał ten, którego moneta przykryła, naszła na inną. Olek dodaje, że spuszczane to było przekleństwo sąsiadów – „O ile my, młode łebki, graliśmy 10-groszówkami, to starsze byki rąbały 10, 20-złotówkami, zwłaszcza jak się zaczęła inflacja. Nie dość, że tłukło się to jak jasna cholera, to jeszcze wszyscy wrzeszczeli. ” Przypomina też dwie inne odmiany osiedlowych gier hazardowych – „pykane” i w „odbijanego”: „Pykane to była typowa gra w klasie, kiedy nauczyciel sobie poszedł. Brało się dwie drobne monety (20 groszy na przykład), siadało w ławce naprzeciw siebie i pykało się, czyli dmuchało w pieniążki. Wygrywał ten, którego moneta wpadła na monetę przeciwnika. Każdy z nas miał swój sposób na układ warg, żeby monetę „pyknąć” na tyle delikatnie, by nie przefrunęła za daleko.
A w odbijanego czy parapet, nie pomnę dokładnej nazwy, grało się w korytarzu na przerwach na parapecie. Kładło się monetę na grzebiecie dłoni i uderzało od dołu palcami w parapet. Moneta odbijała się od okna i na tymże parapecie lądowała. Grało się do chwili, kiedy któraś nie spadła jedna na drugą. Tutaj już w grę wchodziła taktyka, bo można było trafić od razu i zgarniać małe pule albo rozrzucać i na końcu zgarnąć większą”.
* * *
Jednak nie samym hazardem żyły dąbrowskie osiedla. Były przecież zabawy finką, gra kapslami w „Wyścig Pokoju”, koedukacyjny chowany z piłką oraz bardziej dziewczyńskie – jak guma czy zabawy na trzepaku. Ale o tym opowiemy w następnym odcinku. Napiszcie do nas, opowiedzcie nam o swoich podwórkowych zabawach. Uzupełnijcie nasze wspomnienia, poprawcie, jeśli gdzieś się mylimy. Czekamy na kontakt.
Autorzy

[ze względu na objętość w papierowej wersji "Przeglądu Dąbrowskiego" okroiłem poniższy tekst o fragmenty zaznaczone kursywą] 

Co jakiś czas ten i ów mi mówi, że jak taki jestem cwaniak, to niech napiszę w „Przeglądzie…” o czymś, co jest niewygodne. I tematy od razu podaje. I czy ja nie widzę i nie wiem, co się dzieje w Dąbrowie, a o czym trąbi opozycja? To ostatnie akurat nie jest dla mnie żadnym argumentem, bo tak się niestety składa, że o każdej jednej opozycji (na każdym jednym lewelu i w każdej skali) mam jedno zdanie, a mianowicie, że zawsze chodzi jej tylko o przejęcie władzy i obsadzenie stanowisk swoimi ludźmi. Czyli mówiąc w skrócie – chodzi im o stołki.
No, nikt mi nie wmówi, że jest inaczej, bo przecież każda opozycja, jak już zostaje władzą, obsadza i otacza się tymi, którym ufa i którzy z nią byli. Normalne, trudno się dziwić. Z tego prostego (a może prostackiego) rozumowania wychodzi mi, że opozycja i władza są do siebie pod tym względem bardzo podobne (i tylko czasami zamieniają się miejscami). Nic nie poradzę, że myślę w ten sposób, korzenie mam jednak anarchistyczne. Myślę też sobie, że jest jak w podstawowej zasadzie Hegla, czyli „każda teza zawiera już w sobie antytezę, obydwie zaś zostają zniesione w syntezie”. Pamiętać jednak należy, że synteza staje się potem tezą, co w bardzo prosty sposób ujął kiedyś Muniek Staszczyk – „Dziś powiedziałeś, że każda rewolucja jest dobra, tylko na początku drogi, bo potem wszystko zamienia się w system i są potrzebne rewolucje nowe”.
Albo czasem ktoś powie – „no ale ty przecież nie napiszesz, bo już jesteś po ICH stronie, już cię kupili” (wkurza mnie to pewnie tylko dlatego, że tak bardzo nie lubię podziałów). I czy naprawdę wszystko mi się w Dąbrowie Górniczej podoba? Jest to o tyle ciekawa sprawa, że znowu – każdy widzi to, co chce. Bo na przykład po ostatnim tekście o Dniach Miasta dostało mi się, że jestem stary, że marudny i czy mam depresję może? Był to kolejny dowód na to, że pytanie o to, co poeta miał na myśli, jest kompletnie bez sensu, bo każdy tekst winien żyć i żyje w oderwaniu od swojego autora. Autor nie ma nad niż żadnej władzy, jej pełnię posiada zaś czytelnik, któremu autor może co najwyżej skoczyć.
Otóż nie jest to jakaś chęć udowadniania, ale tak się składa, że nie podoba mi się (między innymi) akcja pod tytułem „Aqua Park – Nemo Wodny Świat”. A nie podoba mi się, bo jest bardzo podobna do akcji pod tytułem „Telewizja Polska”. Skąd te wnioski?

Porównajmy, czy to nie jest zbieżne?
Ile znacie osób, które z obydwu tych instytucji korzystają? Ja niewiele. Bardzo niewiele. Najpewniej wynika to z oferty, która jest po prostu kiepska, słaba i niezmienna od lat. Jaka jest telewizja wszyscy chyba wiemy. A „Nemo”? Pamiętam, jak byliśmy z kumplami sprawdzić aqua park zaraz po otwarciu i kupiliśmy dwugodzinny bilet. Po 45 minutach stwierdziliśmy, że nie ma co robić i wychodzimy.
W ciągu ostatnich lat byłem może ze dwa razy z dziećmi. Wrażenia mam takie same, jak te z początku istnienia. I może się mylę, ale wydaje mi się, że osobami, które korzystają są głównie rodziny z małymi dziećmi, a w ferie młodzież szkolna (bo ma za darmo). Po 30 minutach – nuda.
I TVP i „Nemo” mają problemy finansowe. „Telewizja” od lat usilnie próbuje przecież rozwiązać sprawę abonamentu. Z „Nemo” jest podobnie. Słabo prosperuje, nie zarabia, generuje koszty. Co roku więc Rada Miejska przegłosowuje dofinansowanie tego obiektu (czyt. przelanie (sic!) niewąskiej kwoty). Gdyż jest spółka, której właściciel jest gmina. No  więc skąd pochodzą pieniądze? Ja wiem…
Wychodzi mi zatem – a zmierzam już do podsumowania – że jest jeszcze jedna rzecz, które TVP i „Wodny Świat” łączy. Obydwu tym instytucjom życzę albo ogarnięcia się bez mojego udziału albo całkowitej klęski. I najlepiej, żeby któraś z tych rzeczy nastąpiła jak najszybciej. I w tym akurat wypadku jestem dość radykalny. Nie przekonują i nie przekonają mnie argumenty typu – „jest to nierentowne, ale nic nie da się zrobić, zwłaszcza, że nikt nie chce kupić”. Skoro tak jest – uważam, że „Nemo Wodny Świat” trzeba po prostu zburzyć!

I nie jest to żadna figura retoryczna, żadna metafora. Mówię całkowicie poważnie. Zburzyć naprawdę. Żeby go tam już fizycznie nie było. Tak, wygeneruje to koszty. Tak, powiedzą – „a nie mówiliśmy”. Tak, wymaga odwagi i determinacji. Ale będzie jednorazowe i wszystko załatwi. Na jego miejsce mógłby pojawić się odkryty basen, otwarty w sezonie (najlepiej z panią w podomce sprzedającą bilety po 5 złotych). Był tam przecież kiedyś zaraz obok.
Nie wiem, może ja jestem głupi, na pewno naiwny, nie znam się na prawie, niuansach, zarządzaniu miastem. Ale jak sobie wyobrażę sytuację, że na przykład kupuję samochód, a on potem nie dość, że nie spełnia moich oczekiwań, to jeszcze pali tyle, że mnie nań nie stać, jest niewygodny i nie wiem właściwie dla kogo, to się go zwyczajnie pozbywam. Bo mi szkoda pieniędzy, które mógłbym przeznaczyć na coś innego. No nie ma takiej siły, która by mnie przekonała, że jest inaczej.
Bo przypomniał mi się wniosek, który uknuliśmy z tymi kolegami po naszej pierwszej wizycie, motto i myśl przewodnią, która można by umieścić nad drzwiami „Nemo” – „inni mają, to my też”. A to jest naprawdę bardzo słaby powód.

Robert Strzała

P.S. No więc – rozwiązując postawiony na początku problem – tak, „puściliby”. Gdyż się, jak widać nie cenzuruje!
No więc – to ostatni raz, kiedy w jakiś tam sposób się tłumaczę i udowadniam, że nie jestem słoniem. Bo prawda jest też taka, że nikt mi nigdzie nie chciał drukować tekstów (prawdopodobnie były „za jakieś”), a kiedy ktoś wreszcie to robi, to co jakiś czas inny ktoś mnie próbuje łatkować albo chociaż dogryźć.

  (Przegląd Dąbrowski, czerwiec 2017)

 

Od lat powtarzam, że chronicznie nie trawię wszelkiego rodzaju festynów, sylwestrów, dni miast… Nie lubię i nie bywam (z kilkoma może wyjątkami).
Najbardziej nie podobało mi się zawsze, że za pieniądze mieszkańców sprowadza się do miasta wykonawców, których rzeczeni mieszkańcy niekoniecznie chcą słuchać, bo zwyczajnie na świecie mogą ich nie lubić, czy wręcz gardzić. I nie ratują sprawy artyści lokalni, których się przy okazji promuje, bo – pomijając tych, którzy są na początku drogi – nie uważam, że na promocję zasługuje się z tego powodu, że się z jakiegoś regionu pochodzi (sztuka powinna się bronić czymś innym niż „pochodzeniem”). Inna sprawa jest, oczywiście, taka, że nie ma takiej możliwości, żeby każdy był zadowolony, bo – na całe szczęście – mamy odmienne gusty.
Zastanawiałem się nad możliwymi rozwiązaniami. I najpierw mi się wydawało, że nie ma.
Bo czytam ostatnio komentarze dotyczące sylwestrów i:
Rozwiązanie pierwsze – nie ma „gwiazdy”, jest DJ/VJ – „w innych miastach mają gwiazdę!”, „że co to jest za gmina, której na to nie stać!?”, „ale dziadostwo!”, „jaki wstyd!”, „Wałęsa oddawaj moje sto milionów!”, „jaki pan taki kram”. I tak dalej. Pominę milczeniem fakt, że sylwester to jest podobno impreza taneczna…
Rozwiązanie drugie –GWIAZDA” jest (tym razem pomijam poziom, który prezentuje): „czy naprawdę jest nas na to stać?!”, „najpierw naprawcie chodniki!”, „a ja bym wolał zamiast KOMBII, Krawczyka”.
Tutaj pozwolę sobie jednak ponarzekać trochę więcej, bo – mocno uogólniając i z nielicznymi wyjątkami – nie przepadam za występującymi na sylwestrach i festynach chałturnikami, przepraszam – wykonawcami. Żeby była jasność: życzę wszystkim artystom (no dobra, przesadziłem, nie wszystkim), aby zarabiali jak najwięcej. Niemniej jednak do białej gorączki doprowadza mnie to, że na wszelkiej maści „festynach” występują (ach, ten playback!) zespoły, które, podejrzewam, najczęściej (nie jest to, rzecz jasna, regułą) nie grają biletowanych koncertów; wykonawcy, których płyt nikt nie kupuje; zespoły, które często są obiektem drwin; „artyści”, którzy bez tego typu akcji często nie mieliby po prostu racji bytu. Nie podoba mi się stawka, powiedzmy, 20 tysięcy złotych za zwykłą, trwającą niewiele ponad godzinę chałturę.
Myślę sobie wtedy, że mechanizm jest taki: włodarze miast chcą, żeby w ich miastach COŚ się działo, ale najczęściej mają gdzieś, co to będzie. Ważne, żeby igrzyska. Artyści natomiast myślą – jest sylwester/dni miasta/święto ziemniaka, więc można elegancko zarobić, bo któż może mieć lepsze stawki niż państwo, miasto, gmina, samorząd. Streszcza to w prostych słowach Grzegorz Halama w piosence „Menago” z filmu „Polskie Gówno” Tymona Tymańskiego – „Czeka na nas do wyrwania kupa siana / Juwenalia, plenery i dni miast”. Nie ma się zresztą czemu dziwić, też bym tak pewnie kombinował (choć Najmądrzejsza Osoba jaką znam mówi, że nie ma takiej opcji, żebym nawet w takich okolicznościach coś zarobił, jeśli już to dołożę). Urzędnicy wzdychają więc i płacą. Bo jest sylwester albo „sezon” i trudno – takie są stawki. Zaklęty krąg.
Może zatem rozwiązanie trzecie? Moje ulubione. Nie organizować takich imprez. Ot, po prostu…
Krótkie pytanie: wyobrażacie to sobie? Bo moim zdaniem rwetes byłby większy niż przy każdej innej z powyższych propozycji.
Wymyśliłem więc rozwiązanie czwarte i przez długi czas wydawało mi się, że będzie najlepsze. Zrobić plebiscyt (głosowanie internetowe) i niech mieszkańcy wybiorą sami.
Super, co nie? Każdy ma prawo się wypowiedzieć, więc nikt nie będzie miał pretensji.
Niestety, dziś jestem przekonany, że to tylko teoria.. Obserwując to, co działo się choćby przy okazji ubiegłych edycji Dąbrowskiego Budżetu Partycypacyjnego, obstawiam, że jedni drugich oskarżaliby o nieuczciwość i oszustwa, a inni zawiązaliby specjalny komitet, który zwróciłby się z prośbą do zbieraczy głosów, aby po zakończeniu głosowania przekazali wszystkie głosy na zespół pieśni i tańca, bo nikt go nigdzie nie zaprasza.

Dlatego po raz pierwszy moją wielką radość budzi tegoroczne rozwiązanie problemu pt. „Dni Dąbrowy”, które idzie jeszcze dalej niż to z ostatnich lat (piątek – rock, sobota – pop, niedziela – disco polo), a polega na postawieniu jednej sceny w Parku Hallera, moim zdaniem, masowej, a w Fabryce Pełnej Życia (byłe „Defum”, jakby ktoś jeszcze nie wiedział), jednak bardziej alternatywnej, z Jimim Tenorem, Smolikiem i zespołem Łąki Łan na czele.
I jakby ktoś chciał (lub nie) się ze mną spotkać, pogadać, potańczyć lub mi nawtykać – tym razem się wybiorę (no chyba, że będzie lało, bo wydaje mi się, że bywam meteopatą). Gdyby nie miał czasu, będę w tym samym miejscu 10 czerwca, kiedy moi młodzi i niezwykle zdolni Przyjaciele z zespołu „Fonogon” zagrają na żywo do filmu „Metropolis” F.Langa. Coś niebywałego! Właściwie to już bym poszedł…

 (Przegląd Dąbrowski, maj 2017)

Autorzy dzisiejszego tekstu zastrzegają, że bardzo bali się tego tematu. Jak mówią, jest on tak wyjątkowy i bliski ich sercom, że bali się oskarżeń o subiektywizm i sentymentalizowanie. Z drugiej strony tak nieuchwytny, że ich obawy budziła niemożność całkowitego go uchwycenia. Czy im się udało? – oceńcie Państwo sami.
.
„Na Dziewiątym, gdzie ulica jest Furmana Stoi chata,
cała z drewna zbudowana,
Wokół szpaler pięknych kwiatów jest kwitnących,
w środku basen – otoczony przez pijących”
(fragment piosenki Jacka Zasuchy, przywołany z pamięci przez K. Świerczewskiego)

foto: Dorota Bagińska
Pamiętam, że Zysiek, który w tych czasach miał z nas wszystkich największą pojemność, przyjeżdżał zawsze do „Chaty…” godzinę wcześniej. Wsiadał na Zagórzu w autobus 182, wysiadał na Trzydziestym, wkraczał do lokalu, zamawiał piwo i zajmował stolik na dworze. Miało to swoje następstwa zarówno dla niego, jak i dla nas. Po pierwsze – jak już wspomniano – umiał więcej, po drugie – kiedy przyjeżdżaliśmy, mieliśmy pewność, że zawsze będzie gdzie usiąść. I znowu – z jednej strony miało to znaczenie jednostkowe – kiedy przyjeżdżaliśmy, Zygu kupował piwo drugie, a my pierwsze i byliśmy na zbliżonym do siebie poziomie. Z drugiej – sytuacja miała ogromne znaczenie logistyczne. Gdyż do następnych autobusów (jeżdżących dokładnie co godzinę – 604 lub właśnie 182) przy „Diamencie” (na Kościuszki, przystanek przed Dworcem PKP) wsiadała naprawdę chmara. W ciepłe piątkowe popołudnia/wieczory panował w nich (nad)zwyczajny ścisk. Na ulicy Furmana autobus pustoszał, a niedawni pasażerowie biegli 100 metrów w stronę ulubionego lokalu, aby zdobyć jakieś krzesełka czy stoliki. Gołonóg miał chyba łatwiej (tak naprawdę to wszyscy mieli łatwiej, bo przecież nie były to jakieś hektary i podróż przez „puszcze i sawanny Kamerunu”, ale ten autobus też miał swój urok), bo chodziło się na nogach. Z „Brodway’u” wystarczyło przejść przez tory (jeden z powrotów z „Chaty…” tą drogą zakończył się tragicznie) i było się na miejscu.
Z powyższego można by wyciągnąć kolejno trzy wnioski: ludzie jeździli się tam przede wszystkim upić; lokal był malutki i mizerny; każdy bywalec funkcjonował w swoich „stoliczkowych” grupach. Wszystkie trzy na szczęście są fałszywe.

Jeden z braci, Grzegorz (w środku) w towarzystwie stałych bywalców Chaty. foto: Adam Jamróz
Zanim je jednak obalimy, cofnijmy się na moment do krótkiej historii tego miejsca. „CHATY U BRATA”. A skoro tak, to musimy zacząć od Braci. Borowców. Ireneusza i Grzegorza. Pamiętacie początki „Remixu”? Tu było podobnie. Bracia nigdy nie myśleli o tym, żeby założyć „lokal gastronomiczny” czy jakikolwiek inny. Jeden pracował w „Budostalu” i nawet nie było tak źle, ale zdarzyło mu się wyjechać na miesiąc do Beneluxu i, kiedy wrócił po roku, był już innym człowiekiem. Do swojej pracy nijak nie chciał wracać. Drugi przez rok był górnikiem, ale – jak mówi jego brat – „spotkał się tam z takim bezmiarem chamstwa, że nie dał rady, stwierdził, że to bez sensu i odpuścił”. I podobnie jak w historii naszego sklepu muzycznego – zaczęły się kombinacje i pomysły. Bo przecież coś trzeba było robić. Złożyło się tak, że teść Grześka miał na działce przy ulicy Furmana niedokończony dom. Domecek właściwie. Niedokończony w tym sensie, że wszystko było zrobione do połowy. Połowa schodów, połowa podłóg, połowa dachu… Pół-domek i półśrodki. „No to co? Obejmujemy i zakładamy knajpę. Będzie dobrze, będzie cacy”.

Drugi z braci, Ireneusz Borowiec. foto: Szymon Gilis
I było trochę jak w filmach animowanych lub familijnych – zakasali rękawy, „zatrudnili” przede wszystkim siebie, rodzinę i różnych znających się na rzeczy znajomych i zaadaptowali lokal. Zajęło im to MIESIĄC! Nie wnikając specjalnie w szczegóły, ale nadmieniając, że pierwsze schładzarki do piwa były tak naprawdę przerobionymi schładzarkami do mleka, „Chata u Brata” odpaliła rakietę w okolicy roku 1990 (o tym, dlaczego nie wiem tego dokładnie, mówi kolejny akapit). Ale jak już odpaliła, to poszło naprawdę ostro.
Generalnie – Irek Borowiec nie jest łatwym rozmówcą. Jest niezwykle dobrym, ciepłym i inteligentnym człowiekiem, ale na większość moich pytań dotyczących początków, imprez i wspomnień odpowiada ze śmiechem: „No co ja mogę powiedzieć? Fajnie było. Dobrze…”.
Jest skromny. Zbyt skromny. Bo to, co zrobili na Furmana, w pewnym sensie naprawdę wielu z nas uformowało. Robię więc sondę/rozpytanie wśród znajomych. Bo jak się tak zastanowię, to większość przyjaźni z tamtych czasów (a może w ogóle) pochodzi właśnie z „Chaty…”. Nie tylko moich. We wspomnieniach przeważa autentyczny entuzjazm i wzruszenie. Pierwsze z brzegu:

fot. Sonia Papiernik (autor tekstu pierwszy z prawej).
Ewa: „To jedyne miejsce na tym etapie mojego średnio długiego życia, w którym czułam się naprawdę „na miejscu” … Aż mi się wilgotno w oczkach zrobiło.” Ola: „Nie było potem, nie ma i nie będzie już takiej knajpy! Chatki osadzonej w specyficznym klimacie, specyficznych czasach z zajebistymi ludźmi… Tłumy ludzi, niezapomniany smak piwa, wiele przyjaźni, wiele historii. Myśl o spędzeniu tam późnego popołudnia dodawała odwagi, żeby zwlec się rankiem z łóżka i przeżyć ten dzień”. Edyta: „Wyjątkowość tego miejsca polegała na tym, że mogłam iść tam całkiem sama, bo wiedziałam, że tam będą wszyscy, z którymi chciałam się spotkać. Tam też poznałam mojego męża.” Robert: „Pamiętne czasy… dobra zabawa, zimne piwko, hamburgery z pysznym sosem (czasami, jak brakowało kasy, to nawet bez mięska)… doborowe towarzystwo… i nawet graliśmy tam jeden koncert… było SUPER!!!”

fot. Sylwia Kędzierska – Sylwester (na zdjęciu autorka)
Trudno się z tym wszystkim nie zgodzić. Kto bywał, ten wie i pamięta, kto nie miał tej możliwości, powinien poznać kilka faktów. „Chata u Brata” nie była jakoś szczególnie dużym lokalem i z zewnątrz wyglądała nad wyraz niepozornie. Dodatkowo, w dokumentacji firmowej była opisana dosyć zwyczajnie i po prostu – „Chata u Brata. Piwiarnia”. Budynek w kształcie góralskiej chatynki proponował jednak kilka pomieszczeń w środku – „na dole”, „nad schodami” i dobudowane w okresie prosperity – jedną dużą salę ze stołem bilardowym i jedną malutką – z fliperem i piłkarzykami. I już. Koniec atrakcji. Bez telewizora i (o zgrozo!) bez Wi-Fi. Za to z legendarnymi, otwartymi i przyjacielskimi pracownikami (często byli oni równocześnie, wcześniej lub później bywalcami lokalu) – Paniami Krysią i Mariolą, Sylwią „Sylwestrem”, Moniką, Agnieszką, Marzeną, Edytą, Kasią, Pafciem, Oskarem, Marcinami, Jurkiem. Ze sprzedażą papierosów na sztuki. Sylwia mówi, że w „Chacie…” się nie pracowało, w „Chacie…” się żyło – kiedy kończyłam poranną zmianę, nie wracałam do domu – po co? Wszyscy przecież byli na miejscu…”

fot. Paweł Baran (pierwszy z prawej, Ireneusz Boroweic pierwszy z lewej).
Czujny czytelnik zada tu pytanie – „skoro napisano wcześniej, że do lokalu przychodziły takie tłumy, jak zatem ci wszyscy ludzie się tam mieścili?”. Odpowiedzi mam dwie. Pierwsza brzmi – nie wiem. Ale się mieścili. W ciasnocie, kilometrowej kolejce do baru i ubikacji (mężczyźni mieli lepiej, bo istniała też ściana płaczu w małym budynku zbudowanym na kształt komórki i stojącym na dworze), wędzeni w dymie „Marsów” i „Zefirów” (bo w przecież w tych na maksa niezdrowych i niehigienicznych czasach można było palić wszędzie). Inna sprawa jest taka, że w sezonie zimowym ludzie często przenosili się do lokali w Centrum – „Palety” czy „Partii” – i wszędzie można było znowu zobaczyć znajome buzie. Odpowiedź druga wynika z tajemnicy „ogródka”. Bo ten akurat był duży. Bardzo. I w ciepłe dni/piątki/weekendy naprawdę i dosłownie (bo nie ma w tym zdaniu cienia przesady) pękał w szwach. W pewnym momencie doszło do absurdalnej sytuacji, że nie wszyscy mogli zostać wpuszczeni, gdyż miejsca po prostu brakowało i akcja  niemal wymykało się właścicielom spod kontroli. Aby rozładować kolejki, organizowano wtedy dodatkowy (można powiedzieć polowy) bar na dworze, a przy bramie stawał jeden z pracowników i reglamentował wejścia. Zasada była prosta – jedna osoba wychodzi, jedna wchodzi. A przed bramką kłębił się tłum i często od dobrej woli czy bliższej znajomości „selekcjonera” (pozdro Pafciu!) zależało, kto wejdzie, a kto nie. Oczywiście najczęściej kończyło się to i tak w ten sposób, że jakimś dziwnym trafem wszyscy się ze sobą mieszali, brama niekoniecznie się domykała, niektórzy wchodzili bokiem niedokładnie ogrodzonej działki lub siadaliśmy na krawężniku przy ulicy i tam kwitło dalsze życie towarzyskie.

fot. Sylwia Kędzierska – autor modelu Robert Tuleta (Pulet)
Bo było tak, jak wspomina Ewa – nie trzeba było się z nikim umawiać. Po prostu wychodziło się z domu i jechało do „Chaty…” (dobre, nie?). I wszyscy już tam byli lub dostarczali się później. Często zastanawiałem się nad tym fenomenem. Cóż takiego nam oferowano, że potrafiliśmy odłożyć wszystko i „gotowiśmy [gnać], lecieć, pędzić [na ratunek nieszczęsnemu królowi”] (to przecież wtedy wielu z nas poznało „Ferdydurke” i Gombrowicza w ogóle). Myślę sobie, że podstawową, wbrew pozorom, zaletę stanowił fakt, że lokal był usytuowany jednak na obrzeżach i szansa na spotkanie rodzica czy nauczyciela była niewielka (co oczywiście nie zmienia faktu, że często widywano tam znanego profesora jednego z dąbrowskich liceów). Oczywiście nasi rodzice czy nauczyciele wiedzieli o tym lokalu (któż o nim wtedy nie wiedział?) i nie pałali doń taką miłością, jak my. W dorosłym świecie krążyły legendy, że narkomania, pijaństwo, ruja i poróbstwo. Dziś myślę, że z jednej strony przede wszystkim martwili się o nas, z drugiej może trochę (choć tu pewnie przesadzam) nam zazdrościli. Że gdzieś jest świat, który tak bardzo nas pochłania. I znowu oddając sprawiedliwość i tłumacząc pewne rzeczy, muszę napisać, że nie ulega wątpliwości fakt, że był alkohol (wszak piwiarnia). Pamiętam też równocześnie, że właściciele zawsze dość skrupulatnie pilnowali, żeby nie sprzedawać go niepełnoletnim (pamiętam obrazki, w których przed/za nieletnim, któremu piwo kupił uprawniony do tego kolega, znienacka pojawiał się jeden z pracowników, zabierał kufel i ostentacyjnie wylewał jego zawartość na kamienie, którymi ogródek był wysypany; byli też tacy, którzy wlewali ją bezpośrednio do środka siebie). Inne używki, czyli w tym wypadku marihuana, tak jak i dzisiaj – jeśli ktoś chciał, była wszędzie. Polityka baru była jednak podobna, jak powyżej – „palisz – wypad”. Gdziekolwiek. Choćby pod transformator.
Napisałem „obrzeża”. Nie było to jednak miejsce na końcu świata, do którego nie można było dotrzeć. Autobusem to raptem cztery przystanki od centrum, z buta jakieś 20 minut. Innym powodem popularności lokalu mogła być właśnie jej przestronność (zwłaszcza w ciepłe dni).
Przede wszystkim jednak, najważniejszą rzeczą była możliwość przebywania z drugim człowiekiem. Rozmawiania z nim, śmiania się, kłócenia. Wspólnego słuchania wspólnej muzyki (nie tylko mechanicznej – pamiętne są koncerty takich zagłębiowskich kultów jak Skankan, Rzeka, Valhalla czy Nierealne Warzywa). Kochania go. Bliźniego swego. Tak bardzo czuliśmy się tam, jak u siebie. Bo może po prostu byliśmy u siebie. Sobą. I bezpieczni. Co osobiście, z powodu wrodzonego tchórzostwa i niechęci do jakiejkolwiek formy agresji, cenię sobie nad wyraz.

fot. Jakub Zasucha
A przecież to także ten czas, kiedy nieopodal wciąż toczyły się wojny osiedlowe i na przykład z cudem graniczyło bezpieczne przejście mieszkańca Mydlic przez osiedle Kasprzaka. A przecież to wciąż czas subkultur – punków, metalowców, depeszów, skinheadów czy – powiedzmy – kolejnej fazy hipisów. Nie przypominam sobie, żeby w „Chacie…” przebiegała jakakolwiek linia frontu czy podziału. Pamiętam natomiast doskonale, jak grałem w piłkarzyki z Kapo (który nie ukrywał swoich mocno radykalnych poglądów dotyczących nas, „brudasów”), pamiętam, że rozmawialiśmy ze sobą, pamiętam, że się lubiliśmy. Wszyscy zresztą. Było dobrze. Stanowiliśmy wszyscy kolejną wspólnotę, rodzinę(?). Może zresztą stanowimy ją do dziś… Bo wciąż mam nadzieję, że nie jesteśmy tylko znajomymi na fejsie… To tam zawiązywały się przyjaźnie na całe życie. Miłości i zakochania. Poznawały się dzisiejsze małżeństwa. Sylwia wspomina – „w „Chacie…” poznałam mojego… Tatę, z którym nie miałam kontaktu od wielu lat, geny nas sprowadziły do tej samej knajpy”.
Jak w każdej z tych historii, tak i tutaj zastanawiałem się często – czemu nie ma już „Chaty…”? Czemu się skończyło? Czemu upadła? I jak zwykle odpowiedź nie może być jednoznaczna. Bo możemy powiedzieć, że otwarto inne lokale w centrum. Możemy utyskiwać, że właściciele nie dbali o rozwój i urozmaicenie działalności lokalu. Możemy też mieć pretensje do siebie czy ogólnie do życia. Że nie mamy już czasu i możliwości tak często się tam spotykać. To trochę tak, jak z kinem „Ars” czy „Remixem”. Wściekaliśmy się, że zabiły je multipleksy, a pytanie, które pozostawię otwarte, brzmi – czy wszyscy nie przyłożyliśmy do tego ręki?
Wysłaliśmy ten tekst Irkowi Borowcowi. Żeby sprawdził, czy czegoś nie przekręciliśmy. Odpisał, między innymi, że nie zrobili tam z Grześkiem żadnego biznesu, „jednak te kilkanaście lat to dla nas też była jazda na maksa. A na koniec chcę powiedzieć, że zawdzięczam Wam, moim klientom, przyjaciołom, znajomym przynajmniej tyle samo, co Wy Chacie…”
.
Robert Strzała, współpraca Marcin Borecki
.
PS Zdajemy sobie sprawę, że ta krótka historia jest tylko „wierzchołkiem góry lodowej”. Wiemy, że można by było jeszcze dużo, dużo, wciąż i czujemy sami ogromny niedosyt. Napiszcie z nami dalszy ciąg i nowe wątki tej historii. A może macie jakieś zdjęcia z tego miejsca i czasu?
.

Marcin Borecki wspomina swoją przygodę z „Chatą u

fot. Marek Doroz
Miałem tę przyjemność przecierać szlaki, bo jeżeli się nie mylę, to jako pierwszy, stały bywalec Chaty z rocznika 70. plus stanąłem za jej barem w 1994 roku. Byłem w siódmym niebie. No bo jak może czuć się ktoś, kto pracuje w miejscu, w którym wcześniej spędzał każdą wolną chwilę, otoczony przez znajomych bliższych i dalszych (ale wszystkich tej samej proweniencji), mając dostęp do piwa za pół ceny w ramach zniżki pracowniczej, a na śniadanie, obiad i kolacje, hamburgery ze słynnym sosem pewnej firmy, którym w tych czasach polewało się wszystko, bez wyjątku. Po prosto bracia płacili mi za moje hobby, a praca była nieustającą imprezą.
Wbrew pozorom knajpa żyła od rana, i w tym czasie nie odwiedzali jej tylko wagarowicze. Był to czas, kiedy jej progi przekraczały grube ryby dąbrowskiego biznesu. Pili dużo wódki, dawali dobre napiwki i rozmawiali o rzeczach, które nie do końca rozumiałem. Rano wpadał też słynny Senior i zamawiał klasykę, czyli Szturmowca – piwo z wrzuconą do kufla setką wódki. Zawsze na miejscu był chaciany rezydent, Jurek Pustak, niestety już nieżyjący.

fot. Jakub Zasucha
Jednakże prawdziwa jazda zaczynała się wieczorami. W weekendy do Chaty pielgrzymowały tabuny ludzi, nadciągające grupami z pobliskiego przystanku autobusowego, tudzież na nogach ze wszystkich stron. Towarzyszyła temu dobra muzyka, płynąca z głośników na dworze, więc było to wszystko jak namiastka koncertu lub festiwalu, którymi wtedy żyliśmy i odliczaliśmy dni do kolejnych. W piątki dochodziło do sytuacji, kiedy musieliśmy zamykać bramę i czekać aż ktoś wyjdzie, aby wpuścić kolejną ekipę. Pamiętam ludzi rzucających się do wynoszenia z ciężarówki beczek z piwem, aby tylko dostać się do środka. Pamiętam spryskiwanie przez dziurkę od klucza lodowatą wodą z węża delikwentów regularnie usypiających w ubikacji. Pamiętam koncerty mniejsze i większe, mecze na szczycie w piłkarzyki, notoryczne zjazdy na tyłku ze stromych schodów z piwem w ręce, zwane popularnie grzebieniem. Pamiętam długie kolejki do baru, gwar jak w ulu, salwy śmiechu, spotkania organizacyjne przed wakacjami. Wszystko co ważne, działo się tam. Pamiętam, że było luźno, beztrosko, inaczej niż teraz.

Ze zbiorów dawnadabrowa.pl
Myślę, że w dużej mierze uczęszczająca tam wtedy społeczność to dzisiejszy „gorszy sort”. Ludzie niepokorni, kolorowi, niegodzący się na kompromisy, ceniący szeroko rozumianą wolność. Ludzie, którzy byli gdzieś z boku systemu, a Chata była ich azylem. Wielu z nich piastuje dzisiaj mniej lub bardziej eksponowane stanowiska. Większość jednak po prostu robi swoje, nie daje ciała i tęskni za tamtymi czasami i ludźmi. Myślę, że staramy się po prostu żyć zgodnie z prostymi zasadami zawartymi w jednym z tekstów Kazika, lidera zespołu „Kult”, którego twórczość nas wtedy kształtowała:
Idę prosto, nie biorę jeńców żadnych Idę prosto, dopóki sam nie padnę Idę prosto, to jest powód do troski Idę prosto, mam w dupie obie wasze Polski Idę prosto, nie zbaczam ni w lewo ni w prawo Idę prosto, to dawno już nie jest zabawą Idę prosto, nie biorę jeńców żadnych Idę prosto, dopóki nie padnę.
Czego Wam Chaciarze i sobie również życzę.
.
Marcin Borecki
.
#fabrykapelnazycia
#AlternatywnikDabrowski
.
LINK ŹRÓDŁOWY

Wystawa memów Marty Frej obyła się bez ofiar, incydentów i protestów. Jedyny proteścik, jaki miał miejsce, pojawił się na chwilę na portalu społecznościowym i spotkał się z tak negatywnym odbiorem, że wątek został szybko zamknięty przez administratora. Info co prawda poszło w Polskę i na wernisażu było więcej osób niż zazwyczaj (tak przynajmniej zapewniała Dyrektor PKZ), ale było naprawdę spokojnie i  bez skandalu. Samej zresztą (nota bene bardzo fajnej) wystawy też nie można uznać za skandaliczną.
Nie będę rozpisywał się na temat historii sztuki i przypominał wszystkich budzących kontrowersje dzieł.  Świat się zmienia, a ludzie wciąż protestują. Mechanizm jednak chyba zawsze jest taki sam. Pamiętam z okresu szkoły średniej, kiedy przed kinami wyświetlającymi film „Ksiądz” (reż. A.Bird) protestowano (oczywiście i tradycyjnie – bez wcześniejszego się z filmem zapoznania), bo tytułowy bohater był gejem. Pamiętam niedawne modlitwy przed koncertem zespołu Behemoth (choć napisano przecież – „gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby ludziom pokazać. Ty zaś, gdy chcesz się modlić wejdź do swej izdebki i zamknij drzwi […]”,  Mt 6,5-6). Pamiętam Liberę… Pamiętam Kozyrę… Pamiętam…
I o ile nie odmawiam nikomu prawa do protestu i sprzeciwu (wręcz odwrotnie – zawsze trzymam się nieśmiertelnego zdania Woltera – „Nienawidzę twoich poglądów, jednak będę bronić do śmierci twojego prawa do ich wygłaszania”), to jeśli idzie o DZIEŁO SZTUKI (swoją drogą artysta nie może przecież płynąć z prądem i jego rola polega właśnie na się buntowaniu!), jego wynik jest ZAWSZE przeciwny do zamiarów tych, którzy protestują. Bo przecież poszliśmy wtedy na „Księdza”. Poszliśmy i bardzo nam się nudziło (ech, pokolenie „Indiany Jonesa”), a, żeby było śmieszniej, winą obarczyliśmy protestujących. Pamiętacie koncert Madonny, który oprotestowano, bo miał się odbyć (i oczywiście się odbył) 15 sierpnia? WSZYSCY o nim wiedzieli.  Sam zresztą dowiedziałem się od Babci, która – daję słowo – Madonny nie słucha.
Nie przedłużam, bo przecież każdy rozsądny człowiek wie, o co chodzi, a nierozsądni wciąż będą wygłupiać się i krzyczeć, choćby przeciwko namalowanym na jezdni biało-czerwonym przejściom dla pieszych, bo przechodząc przez ulicę, depczemy nasze narodowe barwy. Proszę się nie śmiać, nie wymyśliłem tego – rzecz miała miejsce w tym roku. Na Pomorzu.
Jawi się tu, oczywiście, wiele pytań – co artyście wolno, a czego nie wolno? Czy istnieją granice w sztuce (moim zdaniem jest nią na przykład zagłodzony podczas wystawy kostarykańskiego artysty pies)? Czy jest coś, z czego nie można się śmiać i z czego nie można drwić? Na to ostatnie pytanie chyba odruchowo i natychmiast odpowiemy, że oczywiście. Bo śmierć, bo choroba, bo cierpienie… Tyle tylko, że, jak sobie przypomnę choćby grupę Monty Pythona, uświadamiam sobie, że nie ma tam sfery życia, w którą by nie uderzyła. Nie uznawali Anglicy świętości. Żadnej. I czy nie dlatego mają tak wielką i wierną grupę fanów? I znowu nie odkrywam tu żadnej Ameryki – myślę, że dzięki tego typu działaniom łatwiej nam oswoić śmierć, czy chorobę. Kiedy coś wydrwimy, przestajemy się tego bać, staje się nam bliższe, bardziej ludzkie (pamiętacie lekcje obrony przed czarną magią, którą w „Harrym Potterze” przeprowadził Remus Lupin?).

Rzeczą, która mnie w tym wszystkim jednak najbardziej zastanawia, jest całkowity brak dystansu. Do siebie. Do wartości. Do życia. Jakby dano nam świat i nakazano traktować go tylko i wyłącznie z siermiężną powagą. A im mocniej  staramy się być (po)ważni, tym bardziej stajemy się właśnie śmieszni i żałośni. Weźmy choćby patos i dumę wszelkich ruchów nacjonalistycznych. Ks. Stanisław Walczak (były misjonarz), mówi także w tym kontekście o „teologii wyzwolenia” i zwraca uwagę, że „polska teologia narodowa jest przesycona nacjonalizmem, ślepym wywyższaniem i umiłowaniem swojego narodu – tak go kocham, że z tej miłości nienawidzę innych. A przecież w Nowym Testamencie nie ma narodu wybranego, bo wybrani są wszyscy, którzy wierzą w Chrystusa”.* A czy nacjonaliści z każdego kraju nie myślą o swoim narodzie w kategoriach wyjątkowości właśnie? Bo jeśli tak, to wszystkie narody są wyjątkowe. A skoro wszyscy są wyjątkowi, to nikt nie jest.

Wracając jednak do dumy i traktowania wszystkiego „na serio”, to co? Napuszymy się, napniemy i naprężymy, po czym z tym brakiem dystansu do czegokolwiek przeżyjemy sobie życie. „I oto idą, zapięci szczelnie, / Patrzą na prawo, patrzą na lewo. / A patrząc – widzą wszystko oddzielnie / Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…”.**
Nuda, Panie…

Przegląd Dąbrowski, kwiecień 2017

*”Gazeta Wyborcza” 18-19 marca, 2017
**J.Tuwim „Mieszkańcy”


  • RSS