Mój kolega B. opowiadał ostatnio dwie historie. Jedna była o Marku Jurku, a druga, że Elon Musk oświadczył, że do 2020 roku  osiedli milion ludzi na Marsie. I tak się złożyło, że zmiksowały mi się te dwa wątki.
I generalnie jest to pomysł na kampanię wyborczą (może być wyżej wymienionego polityka, ale w sumie odsprzedam każdemu):

Polityk ogłasza wiekopomne odkrycie, że wie, jak do 2020 roku zasiedlić Czerwoną Planetę. I że to zrobi. A plan jest następujący: „W ciągu najbliższych trzech lat ujawnię swoje hasło i program wyborczy. Zrobię to niemal w ostatniej chwili przed wyborami.  A wszystko to będzie takie, że wyjebie was wszystkich w kosmos”.

Droga Kasiu, co robić?
Moje nieochrzczone dzieci nie uczęszczają na religię w szkole, wspólnie nie chodzimy do kościoła i ogólnie jesteśmy poza wszelkim uczestnictwem. No może oprócz tego, że wciskam im do czytania „Książkę nad książkami” Kamieńskiej albo tłumaczę, o co chodzi zarówno w biblijnych historiach, jak i liturgii. Bo powinni wiedzieć i znać, jak najlepiej to możliwe. Między innymi i w dużym uproszczeniu dlatego, że Kultura.

Zaznaczam, że Iga ma lat 11 i jest taka sytuacja:
Jednego dnia koleżka z ławki jej mówi, że on nie będzie siedział z ludźmi niewierzącymi. Więc moje dziecko (kulturalnie mając to w dupie) się przesiada. Żeby nie siać afery. Bo szkoda sensu.
Dnia innego tenże sam chłopczyk, a oprócz niego jakaś podwórkowa ekipa latają za nią po podwórku i on czymś tam ją uderza. I łażą i mantrują swoją motywację. Która jest, jak wyżej. Czyli każdy widzi jaka.

Czy masz jakieś inne porady oprócz tego, że ostatnio, w pełni zdając sobie sprawę z całkowitej „niewychowawczości” i wykluczając wszelkie zasady pedagogiki, uczę swoją jedenastoletnią i niezbyt asertywną córkę (bo gdyby to był syn, podejrzewam, że poradziłby sobie dość szybko) mówić „weź spierdalaj”?
Co prawda na ucho, ale wymownie i sugestywnie.

Nie mam pomysłu na inne (może bardziej subtelne, choć prawdę mówiąc nie znajduję tu miejsca na subtelności) rozwiązania, więc ciekaw jestem, Droga Kasiu, Twojej rady…

#popcorn #bravogirl

LINK ŹRÓDŁOWY czyli #AlternatywnikDąbrowski
Autorzy dzisiejszych alternatywnikowych opowieści pamiętają jedno – że się grało. Grało się zawsze, wszędzie, z niepohamowaną zaciętością i wypiekami na twarzy… Bo grało się o pieniądze. Co więcej – grało się pieniędzmi!

Po pierwsze i najważniejsze – duca

Wspomina Wojciech Czyżewski:

Lata osiemdziesiąte. Wiosna i lato są inne, osiedla są inne, szkoły i drzewa są inne, inna jest trawa i krzewy. Po kolei: wiosna jest łagodna, lato zaczyna się w czerwcu, pod klatkami schodowymi stoją, skaczą, biegają dzieciaki, młodzież siedzi na ławkach, siedzi inaczej, bo nie na tym do siedzenia, tylko na oparciach, osiedla są szare, betonowe bloki pokryte liszajami kiepskiej farby otacza asfalt i chodniki z nierównych i popękanych płytek, i pryzmy ziemi, i żelastwo, wszystkie szkoły są takie same, te same krzesełka, ławki, te same lamperie, toalety i zapach – też ten sam; chemii, kurzu, betonu, drzewa to topole, innych prawie nie ma, trawa jest dzika, a właściwie to trawy też nie ma, bo wszystko zadeptane, żywopłoty zmieniają się w chaszcze i ćwierkają stadami wróbli ukrytych w ich gąszczu (wróbel jest nudny, wszędzie go pełno, niewiarygodne, że dziś prawie zniknął). I hazard, bo o tym będzie mowa. Hazard też jest inny.
Centrum hazardu jest duca. Dla mnie najważniejsza była ta obok rozdzielni prądu, przy kiosku, przed śmietnikiem, nieopodal trzepaka, obok Szkoły Podstawowej nr 12. Idealne położenie, na przecięciu głównych pieszych szlaków osiedla. Teren idealnie wydeptany, gładziutki, w upale twarda skorupa ziemi pokrywała się pajęczyną pęknięć. Magia. I na środku tego dołek, wygrzebany łyżką, niezbyt głęboki, miał średnicę około 5 cm i ostre krawędzie (krawędzie są ważne, o czym później). Tak, to ona – duca. W odległości kilku metrów od ducy ktoś na ziemi wyrysował linię…
Na tej linii w równym rzędzie stoją gracze. Każdy, pomiędzy kciukiem jednej ręki i palcem wskazującym drugiej, trzyma aluminiową jednozłotową monetę. Wszyscy lekko przykucnięci, chwieją się, by nadać monecie odpowiednią rotację i perfekcyjny lot – do środka dołka. Pierwszy rzuca nowy, który właśnie dołączył, wg losowania, jeśli to początek rozgrywek, lub zwycięzca poprzedniej partii. Zasady są proste. To znaczy w ogólnym zarysie, bo jak przychodzi co do czego, to już tak łatwo nie jest i pojawiają się rozbieżności: Czy wolno się „chamić”? Czy tupane dwa, czy trzy razy i czy tylko nogą, czy można ręką? Czy wolno „z kolanka”? Czy po „chamionym” można dwa, czy trzy razy?
Ale od początku: zasady są proste – wygrywa ten, kto trafił monetą do ducy. Jeśli do ducy trafia więcej monet – powstaje pula, zgarniana przez zawodnika, który w kolejnej próbie trafił do ducy. Gdy nie trafi nikt, ten co rzucił najbliżej dołka, kciukiem i palcem wskazującym albo kciukiem i palcem serdecznym, wbija monety. Kolejność wbijania monet dowolna. Sztuka nie jest łatwa. Czasami, jeśli duca ma nierówne brzegi (dlatego lepiej, żeby miała równe) monety zatrzymują się na krawędzi. Wtedy można tupać – wówczas zawodnik staje obok ducy i podskakując, najczęściej do trzech razy, wbija złotówkę do środka. Choć pamiętam „tupaczy”, dla których kilka centymetrów od ducy to było nic… Bo o tym, czy się tupie, czy nie, decyduje wyłącznie tupiący. W wariancie, którego nie lubiliśmy, ale dopuszczalnym, można było tupać ręką. Wtedy dłoń układa się w taki sposób, by powstał podmuch powietrza i uderza obok monety. Powyższe rozwiązanie, połączone z wielkim łapskiem, pozwala na przesunięcie pieniądza nawet o kilkanaście centymetrów. Przyznacie jednak, że mało to finezyjne i trochę nie fair, bo nie wszyscy mają wielkie łapska.

Autorzy alternatywnikowego tekstu podczas gry rekonstrukcyjnej w dniu Industriady w Fabryce Pełnej Życia / foto: Bartosz Kowal
Po nieudanej próbie grę kontynuuje kolejny zawodnik – o kolejności decyduje odległość monet od krawędzi ducy po rzutach. W dyskusyjnych przypadkach odległość tę odmierza się w tip-topach – do pełnego tip-topa, dłońmi ułożonymi na płasko i palcami. Wygrywa ten, kto w ducy umieści ostatnią monetę. Genialnie proste, nieprawdaż?
A co, gdy moneta znajduje się na tyle daleko od ducy, że szansa trafienia wydaje się żadna, za to wielkie jest prawdopodobieństwo podsunięcia pieniądza tak blisko dołka, że kolejny zawodnik raczej bez trudu poradzi sobie z jego wbiciem? I w dodatku jest to ostatnia moneta w grze, więc nie tylko wbije, ale wygra całą pulę? W tej sytuacji można zaproponować podział puli. Mówisz – Grzesiek ja podbijam blisko jak się da, ty dokańczasz i dzielimy się fify-fifty. Grzesiek się zgadza, trafia, jest dobrze. No chyba, że Grzesiek się nie zgodził. Wtedy możesz się „schamić”. Tak, możesz najnormalniej w świecie z całej siły trzepnąć monetą tak mocno, że poleci pod śmietnik albo za trzepak. Wprawdzie twojej sytuacji bardzo to nie poprawia, ale Grzesiek też nie ma łatwo. To znaczy niby trochę ma, bo może, w zależności od zasad, nawet trzy raz pyknąć monetę.
Przy czym, jeśli grzmotnąłeś ją w trawę, może to zrobić z kolanka. Przyjmijmy, że Grzesiek po „schamionym” miał tylko dwie próby. Wiemy, że koleżeński nie jest, więc propozycja podziału, jaką składa Jarkowi, nie zostaje przyjęta. I co robi Grzesiek? A co Ty zrobiłbyś na miejscu Grześka? A co zrobiłbyś, gdy chcesz grać, bo masz kilka złotych z reszty po mleku, a pada deszcz? O tym poniżej.

Po drugie – duca i (nie) cała reszta

Wspomina Robert Strzała

Lubiłem mieszkać na parterze. W podstawówce, jak się zapomniało klucza, można było wejść do domu przez balkon (rodzice zjechali mnie z góry na dół nie raz, nie dwa z tego powodu – że pokazuję drogę złodziejom; pewnie racja), nie było problemu typu nieczynna winda, po wodę w woreczku do „Baśki warzywniaka” wyskakiwało się w momencie. Swoją drogą pamiętacie ten wynalazek – „woda w woreczku”? Zwykła barwiona na czerwono, żółto, zielono lub – rarytas – o smaku coli, w podłużnym niewielkim woreczku (może jak dłoń dorosłego człowieka), ze słomeczką, którą się wbijało w dowolne miejsce. Chłodna czysta żywa chemia. Furora i szaleństwo w środku lata. Napiłbym się i dziś. O matko, jak bardzo bym się napił!
Mieszkanie na parterze miało jednak i swoje wady. Jedną z nich było to, że nie mogłem grać w ducę. Ojciec mój nie znosił tego procederu, bo główne miejsce rozgrywek znajdowało się centralnie pod naszym balkonem. Tata tępił więc hazardzistów z całą mocą. Bo klęli jak stado dorodnych szewców, bo deptali trawnik, który i tak nie miał szans wyrosnąć, gdyż przez jego środek i na skos wydeptano ścieżkę do wspomnianego wyżej warzywniaka; bo nienawidził hazardu (podobno); bo darli się jak zapyzialcy (Leksu, który w tamtych czasach grywał ostro i namiętnie, potwierdza – „No były emocje, stary, nic nie poradzę, o kasę szło przecież! ”). W każdym razie – w związku z tym wszystkim – miałem zakaz. Próbowałem grać w innych częściach osiedla, ale to nie było to samo. Placyk pod naszym balkonem sprawiał, prawdopodobnie ze względu na gabaryty, wrażenie centralnego kasyna (jeśli nie osiedla, to na pewno podwórka). W efekcie – ponieważ nie miałem gdzie i jak trenować – najczęściej dostawałem baty, co oznaczało po prostu utratę gotówki, a bez niej grać się przecież nie dało. No, bo nie oszukujmy się – była to gra na pieniądze.
Jak sobie teraz pomyślę o tym zakazie, to z jednej strony go rozumiem, z drugiej wydaje mi się śmieszny w porównaniu do innych zabaw (?), które wtedy uskutecznialiśmy. Był to bowiem czas powstawania Mydlic Południowych i niedaleko za Szkołą Podstawową nr 30 w stronę „lasku” znajdował się spory plac wypełniony wszelkiego rodzaju sprzętem budowlanym – z naciskiem na metalowe i betonowe rury i konstrukcje. A ponieważ nikt tego nie pilnował, bardzo szybko stało się miejscem naszych zabaw. Głównie w berka i chowanego. Biegowe historie w każdym razie. Jak teraz o tym myślę, po stokroć bardziej wolałbym, żeby moje dziecko grało jednak w ducę.
Grało się – najczęściej złotówkami, tymi aluminiowymi. Chyba, że w grę wchodziła jakaś ostrzejsza rozgrywka, to wtedy nominały zdarzały się wyższe. Choć tak naprawdę wydaje mi się, że wszystko zależało od czasu i wartości pieniądza w danym okresie. Jedni grali złotówkami, a 6 lat wcześniej czy później nominały mogły być zupełnie inne. Myślę, że także dlatego modne stały się nagle… takie torebki (wielkości, ja wiem, kieszeni?), które noszono na szyjach. Wypełnione po brzegi srebrną walutą.
Teren był ważny. Żeby było w miarę płasko, bez traw i innych przeszkód, najlepiej goła ziemia, w której wydłubywano dołek. Zależnie od szkoły i relacji jest mowa o tym, że średnica miała być wielkości pięści lub troszkę większej niż pieniążka. Kilka kroków dalej rysowało się linię i… już.
Szczegóły rozgrywki opisał już Wojtek, więc sobie daruję. Choć z drugiej strony Leksu twierdzi, że „o ducy to by można nowelkę napisać. Z jakąż gracją i jak celnie jedną ręką (tak od siebie) rzucał do ducy niejaki Przemo Kowalski. Było sporo naśladowców, ale nikt jak on nie umiał. Pamiętam, jak te monety idealnie latały. Ech, miał gość stylówę, jak filc”.
Trzeba też dodać, że istniały hybrydy typu „duco-linka”. Wzdłuż ducy rysowało się linię równoległą do rzutu startowego i jeśli się ją przerzuciło, pieniądze natychmiast przepadały.
W czasie niepogody i w zamkniętych pomieszczeniach (klatka schodowa, piwnice, szkolna szatnia) ciupano w „ściankę”, „linkę” i „spuszczane” (ach, te piękne i krótkie nazwy, oddające całe sedno). Moim zdaniem te gry pozbawione były wielowątkowości i finezji ducy. Ścianka polegała bowiem na rzucaniu monet w stronę ściany. Kasę zawijał ten, który rzucił najbliżej. Podobnie rzecz miała się z „linką”, z tym że jak nazwa wskazuje, rzucało się w stronę narysowanej linii. Leksu mówi, że jego ulubiona gra nazywała się „spuszczane”. Chodziło w niej, a jakże!, o spuszczanie monet jedna na drugą, z wysokości pasa mniej więcej. Kasę zgarniał ten, którego moneta przykryła, naszła na inną. Olek dodaje, że spuszczane to było przekleństwo sąsiadów – „O ile my, młode łebki, graliśmy 10-groszówkami, to starsze byki rąbały 10, 20-złotówkami, zwłaszcza jak się zaczęła inflacja. Nie dość, że tłukło się to jak jasna cholera, to jeszcze wszyscy wrzeszczeli. ” Przypomina też dwie inne odmiany osiedlowych gier hazardowych – „pykane” i w „odbijanego”: „Pykane to była typowa gra w klasie, kiedy nauczyciel sobie poszedł. Brało się dwie drobne monety (20 groszy na przykład), siadało w ławce naprzeciw siebie i pykało się, czyli dmuchało w pieniążki. Wygrywał ten, którego moneta wpadła na monetę przeciwnika. Każdy z nas miał swój sposób na układ warg, żeby monetę „pyknąć” na tyle delikatnie, by nie przefrunęła za daleko.
A w odbijanego czy parapet, nie pomnę dokładnej nazwy, grało się w korytarzu na przerwach na parapecie. Kładło się monetę na grzebiecie dłoni i uderzało od dołu palcami w parapet. Moneta odbijała się od okna i na tymże parapecie lądowała. Grało się do chwili, kiedy któraś nie spadła jedna na drugą. Tutaj już w grę wchodziła taktyka, bo można było trafić od razu i zgarniać małe pule albo rozrzucać i na końcu zgarnąć większą”.
* * *
Jednak nie samym hazardem żyły dąbrowskie osiedla. Były przecież zabawy finką, gra kapslami w „Wyścig Pokoju”, koedukacyjny chowany z piłką oraz bardziej dziewczyńskie – jak guma czy zabawy na trzepaku. Ale o tym opowiemy w następnym odcinku. Napiszcie do nas, opowiedzcie nam o swoich podwórkowych zabawach. Uzupełnijcie nasze wspomnienia, poprawcie, jeśli gdzieś się mylimy. Czekamy na kontakt.
Autorzy

[ze względu na objętość w papierowej wersji "Przeglądu Dąbrowskiego" okroiłem poniższy tekst o fragmenty zaznaczone kursywą] 

Co jakiś czas ten i ów mi mówi, że jak taki jestem cwaniak, to niech napiszę w „Przeglądzie…” o czymś, co jest niewygodne. I tematy od razu podaje. I czy ja nie widzę i nie wiem, co się dzieje w Dąbrowie, a o czym trąbi opozycja? To ostatnie akurat nie jest dla mnie żadnym argumentem, bo tak się niestety składa, że o każdej jednej opozycji (na każdym jednym lewelu i w każdej skali) mam jedno zdanie, a mianowicie, że zawsze chodzi jej tylko o przejęcie władzy i obsadzenie stanowisk swoimi ludźmi. Czyli mówiąc w skrócie – chodzi im o stołki.
No, nikt mi nie wmówi, że jest inaczej, bo przecież każda opozycja, jak już zostaje władzą, obsadza i otacza się tymi, którym ufa i którzy z nią byli. Normalne, trudno się dziwić. Z tego prostego (a może prostackiego) rozumowania wychodzi mi, że opozycja i władza są do siebie pod tym względem bardzo podobne (i tylko czasami zamieniają się miejscami). Nic nie poradzę, że myślę w ten sposób, korzenie mam jednak anarchistyczne. Myślę też sobie, że jest jak w podstawowej zasadzie Hegla, czyli „każda teza zawiera już w sobie antytezę, obydwie zaś zostają zniesione w syntezie”. Pamiętać jednak należy, że synteza staje się potem tezą, co w bardzo prosty sposób ujął kiedyś Muniek Staszczyk – „Dziś powiedziałeś, że każda rewolucja jest dobra, tylko na początku drogi, bo potem wszystko zamienia się w system i są potrzebne rewolucje nowe”.
Albo czasem ktoś powie – „no ale ty przecież nie napiszesz, bo już jesteś po ICH stronie, już cię kupili” (wkurza mnie to pewnie tylko dlatego, że tak bardzo nie lubię podziałów). I czy naprawdę wszystko mi się w Dąbrowie Górniczej podoba? Jest to o tyle ciekawa sprawa, że znowu – każdy widzi to, co chce. Bo na przykład po ostatnim tekście o Dniach Miasta dostało mi się, że jestem stary, że marudny i czy mam depresję może? Był to kolejny dowód na to, że pytanie o to, co poeta miał na myśli, jest kompletnie bez sensu, bo każdy tekst winien żyć i żyje w oderwaniu od swojego autora. Autor nie ma nad niż żadnej władzy, jej pełnię posiada zaś czytelnik, któremu autor może co najwyżej skoczyć.
Otóż nie jest to jakaś chęć udowadniania, ale tak się składa, że nie podoba mi się (między innymi) akcja pod tytułem „Aqua Park – Nemo Wodny Świat”. A nie podoba mi się, bo jest bardzo podobna do akcji pod tytułem „Telewizja Polska”. Skąd te wnioski?

Porównajmy, czy to nie jest zbieżne?
Ile znacie osób, które z obydwu tych instytucji korzystają? Ja niewiele. Bardzo niewiele. Najpewniej wynika to z oferty, która jest po prostu kiepska, słaba i niezmienna od lat. Jaka jest telewizja wszyscy chyba wiemy. A „Nemo”? Pamiętam, jak byliśmy z kumplami sprawdzić aqua park zaraz po otwarciu i kupiliśmy dwugodzinny bilet. Po 45 minutach stwierdziliśmy, że nie ma co robić i wychodzimy.
W ciągu ostatnich lat byłem może ze dwa razy z dziećmi. Wrażenia mam takie same, jak te z początku istnienia. I może się mylę, ale wydaje mi się, że osobami, które korzystają są głównie rodziny z małymi dziećmi, a w ferie młodzież szkolna (bo ma za darmo). Po 30 minutach – nuda.
I TVP i „Nemo” mają problemy finansowe. „Telewizja” od lat usilnie próbuje przecież rozwiązać sprawę abonamentu. Z „Nemo” jest podobnie. Słabo prosperuje, nie zarabia, generuje koszty. Co roku więc Rada Miejska przegłosowuje dofinansowanie tego obiektu (czyt. przelanie (sic!) niewąskiej kwoty). Gdyż jest spółka, której właściciel jest gmina. No  więc skąd pochodzą pieniądze? Ja wiem…
Wychodzi mi zatem – a zmierzam już do podsumowania – że jest jeszcze jedna rzecz, które TVP i „Wodny Świat” łączy. Obydwu tym instytucjom życzę albo ogarnięcia się bez mojego udziału albo całkowitej klęski. I najlepiej, żeby któraś z tych rzeczy nastąpiła jak najszybciej. I w tym akurat wypadku jestem dość radykalny. Nie przekonują i nie przekonają mnie argumenty typu – „jest to nierentowne, ale nic nie da się zrobić, zwłaszcza, że nikt nie chce kupić”. Skoro tak jest – uważam, że „Nemo Wodny Świat” trzeba po prostu zburzyć!

I nie jest to żadna figura retoryczna, żadna metafora. Mówię całkowicie poważnie. Zburzyć naprawdę. Żeby go tam już fizycznie nie było. Tak, wygeneruje to koszty. Tak, powiedzą – „a nie mówiliśmy”. Tak, wymaga odwagi i determinacji. Ale będzie jednorazowe i wszystko załatwi. Na jego miejsce mógłby pojawić się odkryty basen, otwarty w sezonie (najlepiej z panią w podomce sprzedającą bilety po 5 złotych). Był tam przecież kiedyś zaraz obok.
Nie wiem, może ja jestem głupi, na pewno naiwny, nie znam się na prawie, niuansach, zarządzaniu miastem. Ale jak sobie wyobrażę sytuację, że na przykład kupuję samochód, a on potem nie dość, że nie spełnia moich oczekiwań, to jeszcze pali tyle, że mnie nań nie stać, jest niewygodny i nie wiem właściwie dla kogo, to się go zwyczajnie pozbywam. Bo mi szkoda pieniędzy, które mógłbym przeznaczyć na coś innego. No nie ma takiej siły, która by mnie przekonała, że jest inaczej.
Bo przypomniał mi się wniosek, który uknuliśmy z tymi kolegami po naszej pierwszej wizycie, motto i myśl przewodnią, która można by umieścić nad drzwiami „Nemo” – „inni mają, to my też”. A to jest naprawdę bardzo słaby powód.

Robert Strzała

P.S. No więc – rozwiązując postawiony na początku problem – tak, „puściliby”. Gdyż się, jak widać nie cenzuruje!
No więc – to ostatni raz, kiedy w jakiś tam sposób się tłumaczę i udowadniam, że nie jestem słoniem. Bo prawda jest też taka, że nikt mi nigdzie nie chciał drukować tekstów (prawdopodobnie były „za jakieś”), a kiedy ktoś wreszcie to robi, to co jakiś czas inny ktoś mnie próbuje łatkować albo chociaż dogryźć.

  (Przegląd Dąbrowski, czerwiec 2017)

 

Od lat powtarzam, że chronicznie nie trawię wszelkiego rodzaju festynów, sylwestrów, dni miast… Nie lubię i nie bywam (z kilkoma może wyjątkami).
Najbardziej nie podobało mi się zawsze, że za pieniądze mieszkańców sprowadza się do miasta wykonawców, których rzeczeni mieszkańcy niekoniecznie chcą słuchać, bo zwyczajnie na świecie mogą ich nie lubić, czy wręcz gardzić. I nie ratują sprawy artyści lokalni, których się przy okazji promuje, bo – pomijając tych, którzy są na początku drogi – nie uważam, że na promocję zasługuje się z tego powodu, że się z jakiegoś regionu pochodzi (sztuka powinna się bronić czymś innym niż „pochodzeniem”). Inna sprawa jest, oczywiście, taka, że nie ma takiej możliwości, żeby każdy był zadowolony, bo – na całe szczęście – mamy odmienne gusty.
Zastanawiałem się nad możliwymi rozwiązaniami. I najpierw mi się wydawało, że nie ma.
Bo czytam ostatnio komentarze dotyczące sylwestrów i:
Rozwiązanie pierwsze – nie ma „gwiazdy”, jest DJ/VJ – „w innych miastach mają gwiazdę!”, „że co to jest za gmina, której na to nie stać!?”, „ale dziadostwo!”, „jaki wstyd!”, „Wałęsa oddawaj moje sto milionów!”, „jaki pan taki kram”. I tak dalej. Pominę milczeniem fakt, że sylwester to jest podobno impreza taneczna…
Rozwiązanie drugie –GWIAZDA” jest (tym razem pomijam poziom, który prezentuje): „czy naprawdę jest nas na to stać?!”, „najpierw naprawcie chodniki!”, „a ja bym wolał zamiast KOMBII, Krawczyka”.
Tutaj pozwolę sobie jednak ponarzekać trochę więcej, bo – mocno uogólniając i z nielicznymi wyjątkami – nie przepadam za występującymi na sylwestrach i festynach chałturnikami, przepraszam – wykonawcami. Żeby była jasność: życzę wszystkim artystom (no dobra, przesadziłem, nie wszystkim), aby zarabiali jak najwięcej. Niemniej jednak do białej gorączki doprowadza mnie to, że na wszelkiej maści „festynach” występują (ach, ten playback!) zespoły, które, podejrzewam, najczęściej (nie jest to, rzecz jasna, regułą) nie grają biletowanych koncertów; wykonawcy, których płyt nikt nie kupuje; zespoły, które często są obiektem drwin; „artyści”, którzy bez tego typu akcji często nie mieliby po prostu racji bytu. Nie podoba mi się stawka, powiedzmy, 20 tysięcy złotych za zwykłą, trwającą niewiele ponad godzinę chałturę.
Myślę sobie wtedy, że mechanizm jest taki: włodarze miast chcą, żeby w ich miastach COŚ się działo, ale najczęściej mają gdzieś, co to będzie. Ważne, żeby igrzyska. Artyści natomiast myślą – jest sylwester/dni miasta/święto ziemniaka, więc można elegancko zarobić, bo któż może mieć lepsze stawki niż państwo, miasto, gmina, samorząd. Streszcza to w prostych słowach Grzegorz Halama w piosence „Menago” z filmu „Polskie Gówno” Tymona Tymańskiego – „Czeka na nas do wyrwania kupa siana / Juwenalia, plenery i dni miast”. Nie ma się zresztą czemu dziwić, też bym tak pewnie kombinował (choć Najmądrzejsza Osoba jaką znam mówi, że nie ma takiej opcji, żebym nawet w takich okolicznościach coś zarobił, jeśli już to dołożę). Urzędnicy wzdychają więc i płacą. Bo jest sylwester albo „sezon” i trudno – takie są stawki. Zaklęty krąg.
Może zatem rozwiązanie trzecie? Moje ulubione. Nie organizować takich imprez. Ot, po prostu…
Krótkie pytanie: wyobrażacie to sobie? Bo moim zdaniem rwetes byłby większy niż przy każdej innej z powyższych propozycji.
Wymyśliłem więc rozwiązanie czwarte i przez długi czas wydawało mi się, że będzie najlepsze. Zrobić plebiscyt (głosowanie internetowe) i niech mieszkańcy wybiorą sami.
Super, co nie? Każdy ma prawo się wypowiedzieć, więc nikt nie będzie miał pretensji.
Niestety, dziś jestem przekonany, że to tylko teoria.. Obserwując to, co działo się choćby przy okazji ubiegłych edycji Dąbrowskiego Budżetu Partycypacyjnego, obstawiam, że jedni drugich oskarżaliby o nieuczciwość i oszustwa, a inni zawiązaliby specjalny komitet, który zwróciłby się z prośbą do zbieraczy głosów, aby po zakończeniu głosowania przekazali wszystkie głosy na zespół pieśni i tańca, bo nikt go nigdzie nie zaprasza.

Dlatego po raz pierwszy moją wielką radość budzi tegoroczne rozwiązanie problemu pt. „Dni Dąbrowy”, które idzie jeszcze dalej niż to z ostatnich lat (piątek – rock, sobota – pop, niedziela – disco polo), a polega na postawieniu jednej sceny w Parku Hallera, moim zdaniem, masowej, a w Fabryce Pełnej Życia (byłe „Defum”, jakby ktoś jeszcze nie wiedział), jednak bardziej alternatywnej, z Jimim Tenorem, Smolikiem i zespołem Łąki Łan na czele.
I jakby ktoś chciał (lub nie) się ze mną spotkać, pogadać, potańczyć lub mi nawtykać – tym razem się wybiorę (no chyba, że będzie lało, bo wydaje mi się, że bywam meteopatą). Gdyby nie miał czasu, będę w tym samym miejscu 10 czerwca, kiedy moi młodzi i niezwykle zdolni Przyjaciele z zespołu „Fonogon” zagrają na żywo do filmu „Metropolis” F.Langa. Coś niebywałego! Właściwie to już bym poszedł…

 (Przegląd Dąbrowski, maj 2017)

Autorzy dzisiejszego tekstu zastrzegają, że bardzo bali się tego tematu. Jak mówią, jest on tak wyjątkowy i bliski ich sercom, że bali się oskarżeń o subiektywizm i sentymentalizowanie. Z drugiej strony tak nieuchwytny, że ich obawy budziła niemożność całkowitego go uchwycenia. Czy im się udało? – oceńcie Państwo sami.
.
„Na Dziewiątym, gdzie ulica jest Furmana Stoi chata,
cała z drewna zbudowana,
Wokół szpaler pięknych kwiatów jest kwitnących,
w środku basen – otoczony przez pijących”
(fragment piosenki Jacka Zasuchy, przywołany z pamięci przez K. Świerczewskiego)

foto: Dorota Bagińska
Pamiętam, że Zysiek, który w tych czasach miał z nas wszystkich największą pojemność, przyjeżdżał zawsze do „Chaty…” godzinę wcześniej. Wsiadał na Zagórzu w autobus 182, wysiadał na Trzydziestym, wkraczał do lokalu, zamawiał piwo i zajmował stolik na dworze. Miało to swoje następstwa zarówno dla niego, jak i dla nas. Po pierwsze – jak już wspomniano – umiał więcej, po drugie – kiedy przyjeżdżaliśmy, mieliśmy pewność, że zawsze będzie gdzie usiąść. I znowu – z jednej strony miało to znaczenie jednostkowe – kiedy przyjeżdżaliśmy, Zygu kupował piwo drugie, a my pierwsze i byliśmy na zbliżonym do siebie poziomie. Z drugiej – sytuacja miała ogromne znaczenie logistyczne. Gdyż do następnych autobusów (jeżdżących dokładnie co godzinę – 604 lub właśnie 182) przy „Diamencie” (na Kościuszki, przystanek przed Dworcem PKP) wsiadała naprawdę chmara. W ciepłe piątkowe popołudnia/wieczory panował w nich (nad)zwyczajny ścisk. Na ulicy Furmana autobus pustoszał, a niedawni pasażerowie biegli 100 metrów w stronę ulubionego lokalu, aby zdobyć jakieś krzesełka czy stoliki. Gołonóg miał chyba łatwiej (tak naprawdę to wszyscy mieli łatwiej, bo przecież nie były to jakieś hektary i podróż przez „puszcze i sawanny Kamerunu”, ale ten autobus też miał swój urok), bo chodziło się na nogach. Z „Brodway’u” wystarczyło przejść przez tory (jeden z powrotów z „Chaty…” tą drogą zakończył się tragicznie) i było się na miejscu.
Z powyższego można by wyciągnąć kolejno trzy wnioski: ludzie jeździli się tam przede wszystkim upić; lokal był malutki i mizerny; każdy bywalec funkcjonował w swoich „stoliczkowych” grupach. Wszystkie trzy na szczęście są fałszywe.

Jeden z braci, Grzegorz (w środku) w towarzystwie stałych bywalców Chaty. foto: Adam Jamróz
Zanim je jednak obalimy, cofnijmy się na moment do krótkiej historii tego miejsca. „CHATY U BRATA”. A skoro tak, to musimy zacząć od Braci. Borowców. Ireneusza i Grzegorza. Pamiętacie początki „Remixu”? Tu było podobnie. Bracia nigdy nie myśleli o tym, żeby założyć „lokal gastronomiczny” czy jakikolwiek inny. Jeden pracował w „Budostalu” i nawet nie było tak źle, ale zdarzyło mu się wyjechać na miesiąc do Beneluxu i, kiedy wrócił po roku, był już innym człowiekiem. Do swojej pracy nijak nie chciał wracać. Drugi przez rok był górnikiem, ale – jak mówi jego brat – „spotkał się tam z takim bezmiarem chamstwa, że nie dał rady, stwierdził, że to bez sensu i odpuścił”. I podobnie jak w historii naszego sklepu muzycznego – zaczęły się kombinacje i pomysły. Bo przecież coś trzeba było robić. Złożyło się tak, że teść Grześka miał na działce przy ulicy Furmana niedokończony dom. Domecek właściwie. Niedokończony w tym sensie, że wszystko było zrobione do połowy. Połowa schodów, połowa podłóg, połowa dachu… Pół-domek i półśrodki. „No to co? Obejmujemy i zakładamy knajpę. Będzie dobrze, będzie cacy”.

Drugi z braci, Ireneusz Borowiec. foto: Szymon Gilis
I było trochę jak w filmach animowanych lub familijnych – zakasali rękawy, „zatrudnili” przede wszystkim siebie, rodzinę i różnych znających się na rzeczy znajomych i zaadaptowali lokal. Zajęło im to MIESIĄC! Nie wnikając specjalnie w szczegóły, ale nadmieniając, że pierwsze schładzarki do piwa były tak naprawdę przerobionymi schładzarkami do mleka, „Chata u Brata” odpaliła rakietę w okolicy roku 1990 (o tym, dlaczego nie wiem tego dokładnie, mówi kolejny akapit). Ale jak już odpaliła, to poszło naprawdę ostro.
Generalnie – Irek Borowiec nie jest łatwym rozmówcą. Jest niezwykle dobrym, ciepłym i inteligentnym człowiekiem, ale na większość moich pytań dotyczących początków, imprez i wspomnień odpowiada ze śmiechem: „No co ja mogę powiedzieć? Fajnie było. Dobrze…”.
Jest skromny. Zbyt skromny. Bo to, co zrobili na Furmana, w pewnym sensie naprawdę wielu z nas uformowało. Robię więc sondę/rozpytanie wśród znajomych. Bo jak się tak zastanowię, to większość przyjaźni z tamtych czasów (a może w ogóle) pochodzi właśnie z „Chaty…”. Nie tylko moich. We wspomnieniach przeważa autentyczny entuzjazm i wzruszenie. Pierwsze z brzegu:

fot. Sonia Papiernik (autor tekstu pierwszy z prawej).
Ewa: „To jedyne miejsce na tym etapie mojego średnio długiego życia, w którym czułam się naprawdę „na miejscu” … Aż mi się wilgotno w oczkach zrobiło.” Ola: „Nie było potem, nie ma i nie będzie już takiej knajpy! Chatki osadzonej w specyficznym klimacie, specyficznych czasach z zajebistymi ludźmi… Tłumy ludzi, niezapomniany smak piwa, wiele przyjaźni, wiele historii. Myśl o spędzeniu tam późnego popołudnia dodawała odwagi, żeby zwlec się rankiem z łóżka i przeżyć ten dzień”. Edyta: „Wyjątkowość tego miejsca polegała na tym, że mogłam iść tam całkiem sama, bo wiedziałam, że tam będą wszyscy, z którymi chciałam się spotkać. Tam też poznałam mojego męża.” Robert: „Pamiętne czasy… dobra zabawa, zimne piwko, hamburgery z pysznym sosem (czasami, jak brakowało kasy, to nawet bez mięska)… doborowe towarzystwo… i nawet graliśmy tam jeden koncert… było SUPER!!!”

fot. Sylwia Kędzierska – Sylwester (na zdjęciu autorka)
Trudno się z tym wszystkim nie zgodzić. Kto bywał, ten wie i pamięta, kto nie miał tej możliwości, powinien poznać kilka faktów. „Chata u Brata” nie była jakoś szczególnie dużym lokalem i z zewnątrz wyglądała nad wyraz niepozornie. Dodatkowo, w dokumentacji firmowej była opisana dosyć zwyczajnie i po prostu – „Chata u Brata. Piwiarnia”. Budynek w kształcie góralskiej chatynki proponował jednak kilka pomieszczeń w środku – „na dole”, „nad schodami” i dobudowane w okresie prosperity – jedną dużą salę ze stołem bilardowym i jedną malutką – z fliperem i piłkarzykami. I już. Koniec atrakcji. Bez telewizora i (o zgrozo!) bez Wi-Fi. Za to z legendarnymi, otwartymi i przyjacielskimi pracownikami (często byli oni równocześnie, wcześniej lub później bywalcami lokalu) – Paniami Krysią i Mariolą, Sylwią „Sylwestrem”, Moniką, Agnieszką, Marzeną, Edytą, Kasią, Pafciem, Oskarem, Marcinami, Jurkiem. Ze sprzedażą papierosów na sztuki. Sylwia mówi, że w „Chacie…” się nie pracowało, w „Chacie…” się żyło – kiedy kończyłam poranną zmianę, nie wracałam do domu – po co? Wszyscy przecież byli na miejscu…”

fot. Paweł Baran (pierwszy z prawej, Ireneusz Boroweic pierwszy z lewej).
Czujny czytelnik zada tu pytanie – „skoro napisano wcześniej, że do lokalu przychodziły takie tłumy, jak zatem ci wszyscy ludzie się tam mieścili?”. Odpowiedzi mam dwie. Pierwsza brzmi – nie wiem. Ale się mieścili. W ciasnocie, kilometrowej kolejce do baru i ubikacji (mężczyźni mieli lepiej, bo istniała też ściana płaczu w małym budynku zbudowanym na kształt komórki i stojącym na dworze), wędzeni w dymie „Marsów” i „Zefirów” (bo w przecież w tych na maksa niezdrowych i niehigienicznych czasach można było palić wszędzie). Inna sprawa jest taka, że w sezonie zimowym ludzie często przenosili się do lokali w Centrum – „Palety” czy „Partii” – i wszędzie można było znowu zobaczyć znajome buzie. Odpowiedź druga wynika z tajemnicy „ogródka”. Bo ten akurat był duży. Bardzo. I w ciepłe dni/piątki/weekendy naprawdę i dosłownie (bo nie ma w tym zdaniu cienia przesady) pękał w szwach. W pewnym momencie doszło do absurdalnej sytuacji, że nie wszyscy mogli zostać wpuszczeni, gdyż miejsca po prostu brakowało i akcja  niemal wymykało się właścicielom spod kontroli. Aby rozładować kolejki, organizowano wtedy dodatkowy (można powiedzieć polowy) bar na dworze, a przy bramie stawał jeden z pracowników i reglamentował wejścia. Zasada była prosta – jedna osoba wychodzi, jedna wchodzi. A przed bramką kłębił się tłum i często od dobrej woli czy bliższej znajomości „selekcjonera” (pozdro Pafciu!) zależało, kto wejdzie, a kto nie. Oczywiście najczęściej kończyło się to i tak w ten sposób, że jakimś dziwnym trafem wszyscy się ze sobą mieszali, brama niekoniecznie się domykała, niektórzy wchodzili bokiem niedokładnie ogrodzonej działki lub siadaliśmy na krawężniku przy ulicy i tam kwitło dalsze życie towarzyskie.

fot. Sylwia Kędzierska – autor modelu Robert Tuleta (Pulet)
Bo było tak, jak wspomina Ewa – nie trzeba było się z nikim umawiać. Po prostu wychodziło się z domu i jechało do „Chaty…” (dobre, nie?). I wszyscy już tam byli lub dostarczali się później. Często zastanawiałem się nad tym fenomenem. Cóż takiego nam oferowano, że potrafiliśmy odłożyć wszystko i „gotowiśmy [gnać], lecieć, pędzić [na ratunek nieszczęsnemu królowi”] (to przecież wtedy wielu z nas poznało „Ferdydurke” i Gombrowicza w ogóle). Myślę sobie, że podstawową, wbrew pozorom, zaletę stanowił fakt, że lokal był usytuowany jednak na obrzeżach i szansa na spotkanie rodzica czy nauczyciela była niewielka (co oczywiście nie zmienia faktu, że często widywano tam znanego profesora jednego z dąbrowskich liceów). Oczywiście nasi rodzice czy nauczyciele wiedzieli o tym lokalu (któż o nim wtedy nie wiedział?) i nie pałali doń taką miłością, jak my. W dorosłym świecie krążyły legendy, że narkomania, pijaństwo, ruja i poróbstwo. Dziś myślę, że z jednej strony przede wszystkim martwili się o nas, z drugiej może trochę (choć tu pewnie przesadzam) nam zazdrościli. Że gdzieś jest świat, który tak bardzo nas pochłania. I znowu oddając sprawiedliwość i tłumacząc pewne rzeczy, muszę napisać, że nie ulega wątpliwości fakt, że był alkohol (wszak piwiarnia). Pamiętam też równocześnie, że właściciele zawsze dość skrupulatnie pilnowali, żeby nie sprzedawać go niepełnoletnim (pamiętam obrazki, w których przed/za nieletnim, któremu piwo kupił uprawniony do tego kolega, znienacka pojawiał się jeden z pracowników, zabierał kufel i ostentacyjnie wylewał jego zawartość na kamienie, którymi ogródek był wysypany; byli też tacy, którzy wlewali ją bezpośrednio do środka siebie). Inne używki, czyli w tym wypadku marihuana, tak jak i dzisiaj – jeśli ktoś chciał, była wszędzie. Polityka baru była jednak podobna, jak powyżej – „palisz – wypad”. Gdziekolwiek. Choćby pod transformator.
Napisałem „obrzeża”. Nie było to jednak miejsce na końcu świata, do którego nie można było dotrzeć. Autobusem to raptem cztery przystanki od centrum, z buta jakieś 20 minut. Innym powodem popularności lokalu mogła być właśnie jej przestronność (zwłaszcza w ciepłe dni).
Przede wszystkim jednak, najważniejszą rzeczą była możliwość przebywania z drugim człowiekiem. Rozmawiania z nim, śmiania się, kłócenia. Wspólnego słuchania wspólnej muzyki (nie tylko mechanicznej – pamiętne są koncerty takich zagłębiowskich kultów jak Skankan, Rzeka, Valhalla czy Nierealne Warzywa). Kochania go. Bliźniego swego. Tak bardzo czuliśmy się tam, jak u siebie. Bo może po prostu byliśmy u siebie. Sobą. I bezpieczni. Co osobiście, z powodu wrodzonego tchórzostwa i niechęci do jakiejkolwiek formy agresji, cenię sobie nad wyraz.

fot. Jakub Zasucha
A przecież to także ten czas, kiedy nieopodal wciąż toczyły się wojny osiedlowe i na przykład z cudem graniczyło bezpieczne przejście mieszkańca Mydlic przez osiedle Kasprzaka. A przecież to wciąż czas subkultur – punków, metalowców, depeszów, skinheadów czy – powiedzmy – kolejnej fazy hipisów. Nie przypominam sobie, żeby w „Chacie…” przebiegała jakakolwiek linia frontu czy podziału. Pamiętam natomiast doskonale, jak grałem w piłkarzyki z Kapo (który nie ukrywał swoich mocno radykalnych poglądów dotyczących nas, „brudasów”), pamiętam, że rozmawialiśmy ze sobą, pamiętam, że się lubiliśmy. Wszyscy zresztą. Było dobrze. Stanowiliśmy wszyscy kolejną wspólnotę, rodzinę(?). Może zresztą stanowimy ją do dziś… Bo wciąż mam nadzieję, że nie jesteśmy tylko znajomymi na fejsie… To tam zawiązywały się przyjaźnie na całe życie. Miłości i zakochania. Poznawały się dzisiejsze małżeństwa. Sylwia wspomina – „w „Chacie…” poznałam mojego… Tatę, z którym nie miałam kontaktu od wielu lat, geny nas sprowadziły do tej samej knajpy”.
Jak w każdej z tych historii, tak i tutaj zastanawiałem się często – czemu nie ma już „Chaty…”? Czemu się skończyło? Czemu upadła? I jak zwykle odpowiedź nie może być jednoznaczna. Bo możemy powiedzieć, że otwarto inne lokale w centrum. Możemy utyskiwać, że właściciele nie dbali o rozwój i urozmaicenie działalności lokalu. Możemy też mieć pretensje do siebie czy ogólnie do życia. Że nie mamy już czasu i możliwości tak często się tam spotykać. To trochę tak, jak z kinem „Ars” czy „Remixem”. Wściekaliśmy się, że zabiły je multipleksy, a pytanie, które pozostawię otwarte, brzmi – czy wszyscy nie przyłożyliśmy do tego ręki?
Wysłaliśmy ten tekst Irkowi Borowcowi. Żeby sprawdził, czy czegoś nie przekręciliśmy. Odpisał, między innymi, że nie zrobili tam z Grześkiem żadnego biznesu, „jednak te kilkanaście lat to dla nas też była jazda na maksa. A na koniec chcę powiedzieć, że zawdzięczam Wam, moim klientom, przyjaciołom, znajomym przynajmniej tyle samo, co Wy Chacie…”
.
Robert Strzała, współpraca Marcin Borecki
.
PS Zdajemy sobie sprawę, że ta krótka historia jest tylko „wierzchołkiem góry lodowej”. Wiemy, że można by było jeszcze dużo, dużo, wciąż i czujemy sami ogromny niedosyt. Napiszcie z nami dalszy ciąg i nowe wątki tej historii. A może macie jakieś zdjęcia z tego miejsca i czasu?
.

Marcin Borecki wspomina swoją przygodę z „Chatą u

fot. Marek Doroz
Miałem tę przyjemność przecierać szlaki, bo jeżeli się nie mylę, to jako pierwszy, stały bywalec Chaty z rocznika 70. plus stanąłem za jej barem w 1994 roku. Byłem w siódmym niebie. No bo jak może czuć się ktoś, kto pracuje w miejscu, w którym wcześniej spędzał każdą wolną chwilę, otoczony przez znajomych bliższych i dalszych (ale wszystkich tej samej proweniencji), mając dostęp do piwa za pół ceny w ramach zniżki pracowniczej, a na śniadanie, obiad i kolacje, hamburgery ze słynnym sosem pewnej firmy, którym w tych czasach polewało się wszystko, bez wyjątku. Po prosto bracia płacili mi za moje hobby, a praca była nieustającą imprezą.
Wbrew pozorom knajpa żyła od rana, i w tym czasie nie odwiedzali jej tylko wagarowicze. Był to czas, kiedy jej progi przekraczały grube ryby dąbrowskiego biznesu. Pili dużo wódki, dawali dobre napiwki i rozmawiali o rzeczach, które nie do końca rozumiałem. Rano wpadał też słynny Senior i zamawiał klasykę, czyli Szturmowca – piwo z wrzuconą do kufla setką wódki. Zawsze na miejscu był chaciany rezydent, Jurek Pustak, niestety już nieżyjący.

fot. Jakub Zasucha
Jednakże prawdziwa jazda zaczynała się wieczorami. W weekendy do Chaty pielgrzymowały tabuny ludzi, nadciągające grupami z pobliskiego przystanku autobusowego, tudzież na nogach ze wszystkich stron. Towarzyszyła temu dobra muzyka, płynąca z głośników na dworze, więc było to wszystko jak namiastka koncertu lub festiwalu, którymi wtedy żyliśmy i odliczaliśmy dni do kolejnych. W piątki dochodziło do sytuacji, kiedy musieliśmy zamykać bramę i czekać aż ktoś wyjdzie, aby wpuścić kolejną ekipę. Pamiętam ludzi rzucających się do wynoszenia z ciężarówki beczek z piwem, aby tylko dostać się do środka. Pamiętam spryskiwanie przez dziurkę od klucza lodowatą wodą z węża delikwentów regularnie usypiających w ubikacji. Pamiętam koncerty mniejsze i większe, mecze na szczycie w piłkarzyki, notoryczne zjazdy na tyłku ze stromych schodów z piwem w ręce, zwane popularnie grzebieniem. Pamiętam długie kolejki do baru, gwar jak w ulu, salwy śmiechu, spotkania organizacyjne przed wakacjami. Wszystko co ważne, działo się tam. Pamiętam, że było luźno, beztrosko, inaczej niż teraz.

Ze zbiorów dawnadabrowa.pl
Myślę, że w dużej mierze uczęszczająca tam wtedy społeczność to dzisiejszy „gorszy sort”. Ludzie niepokorni, kolorowi, niegodzący się na kompromisy, ceniący szeroko rozumianą wolność. Ludzie, którzy byli gdzieś z boku systemu, a Chata była ich azylem. Wielu z nich piastuje dzisiaj mniej lub bardziej eksponowane stanowiska. Większość jednak po prostu robi swoje, nie daje ciała i tęskni za tamtymi czasami i ludźmi. Myślę, że staramy się po prostu żyć zgodnie z prostymi zasadami zawartymi w jednym z tekstów Kazika, lidera zespołu „Kult”, którego twórczość nas wtedy kształtowała:
Idę prosto, nie biorę jeńców żadnych Idę prosto, dopóki sam nie padnę Idę prosto, to jest powód do troski Idę prosto, mam w dupie obie wasze Polski Idę prosto, nie zbaczam ni w lewo ni w prawo Idę prosto, to dawno już nie jest zabawą Idę prosto, nie biorę jeńców żadnych Idę prosto, dopóki nie padnę.
Czego Wam Chaciarze i sobie również życzę.
.
Marcin Borecki
.
#fabrykapelnazycia
#AlternatywnikDabrowski
.
LINK ŹRÓDŁOWY

Wystawa memów Marty Frej obyła się bez ofiar, incydentów i protestów. Jedyny proteścik, jaki miał miejsce, pojawił się na chwilę na portalu społecznościowym i spotkał się z tak negatywnym odbiorem, że wątek został szybko zamknięty przez administratora. Info co prawda poszło w Polskę i na wernisażu było więcej osób niż zazwyczaj (tak przynajmniej zapewniała Dyrektor PKZ), ale było naprawdę spokojnie i  bez skandalu. Samej zresztą (nota bene bardzo fajnej) wystawy też nie można uznać za skandaliczną.
Nie będę rozpisywał się na temat historii sztuki i przypominał wszystkich budzących kontrowersje dzieł.  Świat się zmienia, a ludzie wciąż protestują. Mechanizm jednak chyba zawsze jest taki sam. Pamiętam z okresu szkoły średniej, kiedy przed kinami wyświetlającymi film „Ksiądz” (reż. A.Bird) protestowano (oczywiście i tradycyjnie – bez wcześniejszego się z filmem zapoznania), bo tytułowy bohater był gejem. Pamiętam niedawne modlitwy przed koncertem zespołu Behemoth (choć napisano przecież – „gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby ludziom pokazać. Ty zaś, gdy chcesz się modlić wejdź do swej izdebki i zamknij drzwi […]”,  Mt 6,5-6). Pamiętam Liberę… Pamiętam Kozyrę… Pamiętam…
I o ile nie odmawiam nikomu prawa do protestu i sprzeciwu (wręcz odwrotnie – zawsze trzymam się nieśmiertelnego zdania Woltera – „Nienawidzę twoich poglądów, jednak będę bronić do śmierci twojego prawa do ich wygłaszania”), to jeśli idzie o DZIEŁO SZTUKI (swoją drogą artysta nie może przecież płynąć z prądem i jego rola polega właśnie na się buntowaniu!), jego wynik jest ZAWSZE przeciwny do zamiarów tych, którzy protestują. Bo przecież poszliśmy wtedy na „Księdza”. Poszliśmy i bardzo nam się nudziło (ech, pokolenie „Indiany Jonesa”), a, żeby było śmieszniej, winą obarczyliśmy protestujących. Pamiętacie koncert Madonny, który oprotestowano, bo miał się odbyć (i oczywiście się odbył) 15 sierpnia? WSZYSCY o nim wiedzieli.  Sam zresztą dowiedziałem się od Babci, która – daję słowo – Madonny nie słucha.
Nie przedłużam, bo przecież każdy rozsądny człowiek wie, o co chodzi, a nierozsądni wciąż będą wygłupiać się i krzyczeć, choćby przeciwko namalowanym na jezdni biało-czerwonym przejściom dla pieszych, bo przechodząc przez ulicę, depczemy nasze narodowe barwy. Proszę się nie śmiać, nie wymyśliłem tego – rzecz miała miejsce w tym roku. Na Pomorzu.
Jawi się tu, oczywiście, wiele pytań – co artyście wolno, a czego nie wolno? Czy istnieją granice w sztuce (moim zdaniem jest nią na przykład zagłodzony podczas wystawy kostarykańskiego artysty pies)? Czy jest coś, z czego nie można się śmiać i z czego nie można drwić? Na to ostatnie pytanie chyba odruchowo i natychmiast odpowiemy, że oczywiście. Bo śmierć, bo choroba, bo cierpienie… Tyle tylko, że, jak sobie przypomnę choćby grupę Monty Pythona, uświadamiam sobie, że nie ma tam sfery życia, w którą by nie uderzyła. Nie uznawali Anglicy świętości. Żadnej. I czy nie dlatego mają tak wielką i wierną grupę fanów? I znowu nie odkrywam tu żadnej Ameryki – myślę, że dzięki tego typu działaniom łatwiej nam oswoić śmierć, czy chorobę. Kiedy coś wydrwimy, przestajemy się tego bać, staje się nam bliższe, bardziej ludzkie (pamiętacie lekcje obrony przed czarną magią, którą w „Harrym Potterze” przeprowadził Remus Lupin?).

Rzeczą, która mnie w tym wszystkim jednak najbardziej zastanawia, jest całkowity brak dystansu. Do siebie. Do wartości. Do życia. Jakby dano nam świat i nakazano traktować go tylko i wyłącznie z siermiężną powagą. A im mocniej  staramy się być (po)ważni, tym bardziej stajemy się właśnie śmieszni i żałośni. Weźmy choćby patos i dumę wszelkich ruchów nacjonalistycznych. Ks. Stanisław Walczak (były misjonarz), mówi także w tym kontekście o „teologii wyzwolenia” i zwraca uwagę, że „polska teologia narodowa jest przesycona nacjonalizmem, ślepym wywyższaniem i umiłowaniem swojego narodu – tak go kocham, że z tej miłości nienawidzę innych. A przecież w Nowym Testamencie nie ma narodu wybranego, bo wybrani są wszyscy, którzy wierzą w Chrystusa”.* A czy nacjonaliści z każdego kraju nie myślą o swoim narodzie w kategoriach wyjątkowości właśnie? Bo jeśli tak, to wszystkie narody są wyjątkowe. A skoro wszyscy są wyjątkowi, to nikt nie jest.

Wracając jednak do dumy i traktowania wszystkiego „na serio”, to co? Napuszymy się, napniemy i naprężymy, po czym z tym brakiem dystansu do czegokolwiek przeżyjemy sobie życie. „I oto idą, zapięci szczelnie, / Patrzą na prawo, patrzą na lewo. / A patrząc – widzą wszystko oddzielnie / Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…”.**
Nuda, Panie…

Przegląd Dąbrowski, kwiecień 2017

*”Gazeta Wyborcza” 18-19 marca, 2017
**J.Tuwim „Mieszkańcy”

Podsłuchane pod podstawówką  (chłopaki w wieku jakieś 7-9 lat):

- A nasza pani nie lubi, jak się mówi „gruby” albo „chudy”.

- Czemu?

- Bo jest gruba.

 

„Pamiętam jak dziś”, że podczas jakichś wakacji moja mama i siostra gdzieś wyjechały i zostaliśmy z ojcem sami na chacie. Jakiś tydzień może. Ponieważ ojciec był człowiekiem dosyć wyluzowanym (co finalnie go zabiło) i za kołnierz nie wylewał, trochę wtedy się włóczyliśmy po mieście, a na obiad jadaliśmy lody w lodziarni na 3-go Maja. Pewnego dnia zaprowadził mnie do sklepu „ELVIS” mieszczącego się u zbiegu ulicy Górniczej i (wtedy) 27 Stycznia (dzisiaj Legionów Polskich). I oszalałem. Kasety, plakaty, naszywki, koszulki, plakietki. Tata chyba wtedy kupił sobie kasetę „Harmony Corruption” Napalm Death (wciąż nie do końca rozumiem, czemu to granie kojarzyło mu się z Hendrixem), a ja dostałem VHS z zapisem koncertu „Live After Death” Iron Maiden. Szaleństwo. Plakietek, koszulek, naszywek, plakatów, kaset.
Nie pamiętam, kiedy zorientowałem się, że jest „REMIX” („Elvis” prowadzili znajomi ojca, więc jakoś tam chodziłem częściej na początku). A przecież istniał już wtedy. Pojawił się w styczniu 1990 przy ulicy Sienkiewicza. Pojawił się, oczywiście, nie samoistnie. Założycielem, siłą sprawczą i motorem napędowym „Remixu” był i na długie lata pozostał ROBERT CEBO.
Po ukończeniu dąbrowskiej „dwójki” (czasem mam wrażenie, że wszyscy tam chodzili), czyli dzisiejszego Zespołu Szkół Technicznych, rozpoczął pracę w FSEMM „Silma”, ale – jak to często z ludźmi ruchliwymi i niepokornymi bywa – długo nie wytrzymał. „Kiedy zobaczyłem, na czym polega moja praca, kiedy zastanowiłem się nad tym, że mam w niej i nad nią spędzić resztę życia, pewnego dnia po prostu do niej nie poszedłem. I musiałem zająć się czymś innym. Jakoś specjalnie długo się nie zastanawiałem, a tak się szczęśliwie złożyło, że właśnie weszła w życie tzw. Ustawa Wilczka – wspomina Robert. Mieczysław Wilczek był ministrem gospodarki w rządzie Mieczysława Rakowskiego, a wprowadzoną przez nich w grudniu 1988 roku ustawę o działalności gospodarczej w niewielkim uproszczeniu można streścić tak: „co nie jest zabronione, jest dozwolone, a podatek obrotowy wynosi 1%”. Żyć, nie umierać.
Robert działalność gospodarczą zaczął od wymiany i handlu kasetami VHS (rzecz rozgrywała się na targowisku na Redenie). W wielu domach pojawiły się bowiem w tym czasie magnetowidy, a nie było oficjalnych sklepów z kasetami. Przywożono je więc autokarami z Wiednia i Berlina Zachodniego. „Ile miałeś, tyle sprzedałeś. Nikt nie oszukiwał, nikt nie kradł. Nikomu się to po prostu nie opłacało, a wszyscy działali w granicach prawa”.
Filmy kupowano i wymieniano na targowiskach i wszelkiego rodzaju giełdach. Czasami opis się zgadzał, czasami nie. Z tego co pamiętam, nikt się tym chyba zbytnio nie przejmował. Najważniejszy był fakt, że oglądało się film „na video” i jak teraz sobie pomyślę, jakimi paściami się wtedy paśliśmy, to sam sobą jestem zdegustowany. Zresztą trzy pierwsze tytuły, które przychodzą mi do głowy, mówią same za siebie: „Krwawy sport” z Van Damme (czyli po prostu z Wandamem), „Dziewczyna z komputera” – komedia o kolesiach, którzy wrzucili do komputera wycięte z gazet części ciała i wyszła im idealna laska, czy wreszcie „Bawarskie przypadki” (komedia erotyczna produkcji RFN!). No to proszę sobie przypomnieć albo wyobrazić.
Na targu nie zagrzał jednak Robert miejsca. Miał bowiem pasję. Muzykę dyskotekową. Wiedział równocześnie, że: na samej dyskotece „nie popłynie”; na muzyce się zna (choć nie wszystkiego słucha) i ją kocha; wychował się na audycjach Beksińskiego, Gaszyńskiego i Fabiańskiego. I przede wszystkim wiedział, że znalazł swój pomysł na życie. Bo – jak kilka razy w czasie naszej rozmowy powtarza – „wiem, że to jest banalne, ale naprawdę najważniejsze jest robić to, co się kocha. A ja po prostu kocham muzykę, w sumie każdą”. Nie bał się, że mu się nie uda. Miał 21 lat i nie przyjmował do wiadomości, że coś może pójść nie tak. A gdyby poszło? „Najwyżej zostałbym z tymi wszystkimi kasetami i bym sobie słuchał”.

foto: Robert Cebo
Przez kolejnych 10 lat sklep „Remix” był więc sklepem prowadzonym z ogromną pasją i niesłychaną fachowością. Wszystkich sprzedawców, którzy tam pracowali – Gośka, Oliwia, Arek, Jarek, Marcin, Fabian, Krystian – łączyło jedno: SŁUCHALI MUZYKI. Nie w tle. Nie w czasie jazdy samochodem. Cały czas, z uwagą i zaangażowaniem. Co ciekawe i istotne, ich gusta często nie były zbieżne i kiedy zaczęło dochodzić na tej płaszczyźnie do konfliktów – Robert wpadł na bardzo proste rozwiązanie. Każdy miał swoją wieżę i każdy słuchał sobie tego, czego chciał. Bo zapomniałem powiedzieć o tym, że „Remix” bardzo szybko się rozrastał. Na samym początku było to jedno pomieszczenie z kasetami, ale już od 1991 roku potrzebne były pomieszczenia dwa (w jednym kasety, w drugim płyty), aż wreszcie właściciel musiał wynająć drugi lokal i przy Sienkiewicza sprzedawano płyty i koszulki, a zaraz za rogiem przy Okrzei – tylko kasety. W czasach świetności sklep oferował ponad 3000 tytułów kaset i 1500 płyt i liczono się z nim nie tylko w okolicy. Robert opowiada na przykład, że zdarzało się im wpływać na listy przebojów:
Listy układali w środy. Żeby były na sobotę. No i dzwonili do nas często z zapytaniem, co się w tym tygodniu najlepiej sprzedaje. I nie zawsze odpowiadaliśmy zgodnie z prawdą. Bo na przykład coś nam zalegało. To mówiliśmy, że to hit. I oni się dziwili, ale wrzucali info na taką listę. Po weekendzie mieliśmy pewność, że album się sprzeda.
Najczęściej było jednak inaczej i kasety/płyty rozchodziły się w niebywałym tempie. Niepobitym rekordem pozostaje czarny album zespołu Metallica, po który w dniu premiery ustawiła się pod sklepem kolejka (och, marzy mi się kolejka pod muzycznym lub księgarnią)! W ciągu jednego dnia, a właściwie kilku godzin, sprzedano 990 płyt! Gdyby wziąć pod uwagę tylko Dąbrowę, to kupił ją co 140 mieszkaniec miasta. Bestsellerami były też płyty Pink Floyd, Rammsteina, Leonarda Cohena, RATM, Nirvany (i całej sceny grunge), debiutancka płyta Liroya (nie dało się jej wtedy chyba nie słyszeć), soundtracki i – czego siostra Roberta Gosia Cebo-Solich nie może przeżyć i miewa na tym tle koszmary – płyta zespołu ERA z przebojem „Ameno”.

foto: Robert Cebo
Tym jednak, co wszyscy – bez względu na to, po której stronie lady stali – wspominają i podkreślają, nie była sprzedaż lub jej brak, a to, co mnie osobiście najbardziej w alternatywnikowych historiach interesuje. I – tak, wiem, że się powtórzę i będę nudny – ale była to wspólnota. Nie zwykły sklep, do którego się przychodzi, kupuje, wychodzi i często nie wraca, ale także sposób na dzielenie się pasją, wiedzą i informacjami. Bo przecież spotykali się tu sami pasjonaci. Więc napędzali się i nakręcali nawzajem. Zawierali znajomości i przyjaźnie, które przetrwały do dziś.
Choć oczywiście bywało i inaczej. Pracownicy ze wzruszeniem wspominają zagubionych rodziców, którzy, chcąc sprawić radość swoim dzieciom, przychodzili do sklepu z (pełnymi błędów i fonetycznych zapisów nazw) listami do św. Mikołaja. Po jednej z takich wizyt jedna z mam wróciła z awanturą, że na kasecie video z koncertem Pauli Abdul, jest nagrane tylko 15 minut tego koncertu, resztę zaś taśmy zajmuje… film pornograficzny. Ona mogła już więcej w „Remixie” się nie pojawić i chyba nie ma się czemu dziwić.
Wszyscy moi rozmówcy i wspominający (którym niniejszym serdecznie dziękuję), podkreślają, że w sklepie panowała niezwykła atmosfera, sprzedawcy byli otwarci i potrafili rozmawiać godzinami o muzyce. Ich niezaprzeczalnym atutem był fakt, że – jak już wspomniałem – niemal każdy słuchał czego innego, wzajemnie więc się uzupełniali i świat muzyki nie miał przed nimi specjalnych tajemnic. Gosia (która, kiedy sklep startował, chodziła jeszcze do liceum plastycznego i w weekendy sprzątała bratu za kasety, a później stała się długoletnim i pełnoprawnym pracownikiem) wspomina pana, który przyszedł kupić disco polo, „wie pani, coś łatwego, żeby nóżka chodziła”, ale po długiej rozmowie i wspólnym przesłuchiwaniu płyt, finalnie kupił… jazz.
Zresztą nie tylko klienci uczyli się od pracowników. Przepływ wiedzy był, oczywiście, obustronny. I tak słuchający dyskotekowych kawałków Robert mówi, że do dziś ogromnym szacunkiem darzy wszystkich ówczesnych fanów metalu, którzy o swoich idolach wiedzieli absolutnie wszystko i którzy byli absolutnie oddani tej muzyce. I – choć sam fanem nigdy nie został – zdarza mu się posłuchać ostrzejszych dźwięków. Pamiętam do dziś ten obrazek: metalowcy rozmawiają o muzyce z gościem, który siedzi w dyskotece (a przecież takich nazywało się wtedy „dyskomułami”), a wszystko odbywa się we wzajemnym szacunku i zrozumieniu. Rozmawiają, słuchają, dzielą się. Wpływają na siebie nawzajem.

Jedno ze „spotkań autorskich”, foto: Radosław Wilk
Największą metamorfozę przeszła chyba wspomniana wyżej Gosia, która weszła do sklepu jako punkówa, a po kilku latach wyszła jako zagorzały fan jazzu, muzyki instrumentalnej, progresywnej i szeroko pojętej alternatywy. Stali klienci mieli w sklepie zapewnione zniżki i przychodzili doń do końca. Przyprowadzali dzieci i kupowali im koszulki. Takie same, jakie sami nosili 10 lat wcześniej. Organizowano imprezy typu Halloween czy spotkania z zespołami (Radek Wilk wspomina na przykład podpisywanie płyt przez Christ Agony). Ważny element stanowił też fakt, że relacje nie kończyły się w sklepie. Popołudniami i weekendami wszyscy spotykali się w parku albo w knajpach – „Partii” czy nieodżałowanej „Chacie u Brata”. I – tak, powiem to jeszcze raz – świadomie czy nie: stanowili i tworzyli wspólnotę.
Żeby jednak nie było tak różowo, Oliwia, „której życiem jest metal, a w żyłach płynie rtęć” mówi, że jej najgorszym typem klienta był „ktoś, kto przyszedł cię tylko wkurwić. Wiesz, że nic nie kupi, tylko przyszedł sobie posłuchać swojej ulubionej >>muzyczki<< w stylu disco polo, techno, hip hop, a ty z pełną świadomością tego, że po przesłuchaniu nastu kaset, będziesz miał traumę, z uśmiechem na ustach (tak mi się przynajmniej wydawało, że się uśmiecham), serwujesz mu cały zestaw chłamu, który posiadasz na półce sklepowej.” Plagą byli też złodzieje (największą finansowym ciosem była kradzież całej puli biletów na „Mayday”), z którymi doskonale radziła sobie drobna Gosia.
Robert mówi, że „Remix” zabiły dwie rzeczy. Pierwszą, oczywiście, był szeroki dostęp do Internetu, drugim otwarcie C. H. „Pogoria” w samym centrum miasta i właściwie po drugiej stronie ulicy. Od ekipy Alternatywnika dodam, że wydaje nam się, iż dziś ludzie po prostu nie potrafią już wąchać okładek (często nawet nie wiedzą, jak okładka wygląda), nic im nie mówi zapach farby drukarskiej, nie umieją głaskać płyt czy ustawiać ich na półce. Klienci powoli odpływali, a właściciel wraz pracownikami powoli zmniejszali swój asortyment. Sklep przebranżowiono na zabawkowy, ale i to nie na wiele się zdało.
Finalnie lokal zamknięto w 2014 i choć Robert się nie poddaje i w wersji „lotnej, czyli bez siedziby” prowadzi sprzedaż płyt winylowych, do dziś z rozrzewnieniem wspomina czasy, kiedy muzyka była dla ludzi WAŻNA. A na pewno ważniejsza niż aktualnie. Jak bowiem mówi „w latach 90. ludzie kupowali za własne, odkładane lub zarobione pieniądze i SŁUCHALI, dziś ściągają i nie przywiązują wagi. Zbierają tylko i katalogują w komputerach i telefonach”.
Zadałem jeszcze pytanie: czy mieliście wtedy poczucie misji? Czy zdawaliście sobie sprawę, że działalność „Remixu” miała wpływ na rozwój muzyczny wielu ludzi i – gdyby nie „Remix” – być może wielu byłoby teraz na zupełnie innych terytoriach muzycznych? Wszyscy odpowiedzieli, że nie. Że to była najlepsza praca w ich życiu. Że dobrze się przy tym bawili, rozwijali i było po prostu fajnie. Kasa też się zgadzała. Ale żeby od razu misja, to chyba trochę przesadzam…
Po dłuższym jednak namyśle wszyscy dodają, że jak się tak zastanowić, to rzeczywiście… I się śmieją. Bo na pewno nie było to planowane… „Jakoś tak wyszło…”

LINK do tekstu
#AlternatywnikDabrowski
#FabrykaPelnaZycia

Dziś będzie (trochę) „branżowo”. Gdyż ostatnie wydarzenia (m.in. postawienie przed komisją dyscyplinarną nauczycielek, na które kolega poskarżył – gratulacje – że przyszły do pracy ubrane na czarno) sprowokowały w moim domu, otoczeniu i głowie kilka dyskusji dotyczących tego, co nauczyciel może, a czego mu nie wolno. Teza główna brzmiała: nauczyciel nie ma prawa promowania i narzucania swoich poglądów politycznych. Pełna zgoda. Szkoła powinna być (powtarzam to sobie od lat) apolityczna (od lat też, niestety, nie jest).
Problem polega na tym, że zacząłem drążyć. „I tu zaczęły się moje kłopoty”. W sumie – zawsze się stąd biorą.
Oczywiście (i tu nie ma, o czym gadać i nie ma żadnej dyskusji!) – nauczyciel ma przede wszystkim nauczyć swojego przedmiotu. Fizyk fizyki, matematyk matematyki, historyk historii i tak dalej. Nie ma tu żadnego dylematu i, gdyby nauczyciel mojego dziecka, zamiast robić powyższe, wkładał mu do głowy jakieś poglądy, byłbym raczej niezadowolony. Zwłaszcza, gdyby były to poglądy niezgodne z moimi (hyhy). Co prawda, jak znam siebie, nie robiłbym z tego afery, a tłumaczył synowi/córce, że każdy ma prawo do takiego, a nie innego myślenia, a pani/pan są zwykłymi ludźmi i nie zawsze mają rację, ale nie ujmuje im to fachowości w dziedzinie, którą się zajmują.
Jest jednak druga strona medalu. Bo po pierwsze i najważniejsze –  nie jesteśmy robotami! Rozmawiamy z uczniami na przerwach, czy w jakichś luźniejszych momentach. A uczniowie są ciekawi ludzi, z którymi spędzają jednak sporo czasu i pytają. Szukają. Radzą się. Powtórzę – rozmawiamy. Pytanie brzmi, czy podczas takich rozmów nauczyciel ma odpowiadać niezgodnie ze swoimi poglądami, myśleniem?  Przecież młodzież (a może ludzie w ogóle?) jest w stanie zrozumieć/wybaczyć najbardziej odległy od jej systemu wartości pogląd, ale nigdy nie daruje fałszu. Który wyczuwa na kilometr.
Przede wszystkim zaś: co to są poglądy polityczne? Zwłaszcza tu i teraz. Czy wiara w boga lub ateizm to już jest pogląd polityczny? Albo ewolucjonizm i kreacjonizm? Pogląd kontra nauka. Albo komentarz dotyczący działań żołnierzy wyklętych (bo przecież ta ocena nie jest jednoznaczna)? Czy to jest pogląd polityczny, czy zwykła ludzka opinia? A przecież są to tematy i problemy, których na takich przedmiotach jak historia, wos, j.polski czy biologia uniknąć się nie da. Szczerze mówiąc, często odnoszę wrażenie, że właśnie na języku polskim więcej mówi się o „Biblii” i Bogu, niż na religii, gdzie głównym tematem często bywa aborcja czy in vitro.
Nie mówię, oczywiście, o manifestowaniu. Nie mówię o takim informowaniu wprost: ta i ta opcja polityczna jest w porządku, a ta nie. Nie wyobrażam sobie też, że wchodzi nauczyciel na lekcję i autorytarnie stwierdza: bóg jest albo go nie ma. Kto wierzy jest lepszy, kto nie – gorszy. Lub odwrotnie. Nie widzę jednak problemu, żeby powiedzieć, że osobiście weń nie wierzę. Albo wręcz przeciwnie. Tak samo, jak nie widzę problemu w wyrażeniu opinii, że nie znoszę piosenek Stachursky’ego. Wyrażam swoje zdanie. Nie można?
A jak założę koszulkę zespołu S.O.D. i tam jest w tytuł płyty (żeby było zabawniej brzmi on „Speak English Or Die”) wmontowany znaczek anarchii? To już wyrażam poglądy polityczne? A z Kuroniem? A z Matką Boską? Moje pytanie jest czysto praktyczne, bo mam takie koszulki i nie wiem, czy jak przyjdę w nich do pracy, zaraz ktoś gdzieś na mnie nie poskarży.
Idąc dalej tym tropem – wyrażanie opinii, to także prawo do buntu i gdyby ktokolwiek wpadł na przykład na pomysł prawnego wprowadzenia „getta ławkowego”, to krzyczałbym głośno i przeciwko takiemu prawu protestował. Przecież już za chwilę w wielu szkołach odbędzie się strajk przeciwko reformie edukacji. Bo wielu nauczycielom się ona nie podoba (jak się tak zastanowię, to w sumie osobiście znam tylko jednego, który nie narzeka na sposób jej wprowadzania). A to przecież jawne wyrażanie poglądów. Nie wolno?
Pamiętam też zawsze o tym, że rządy i władza się zmieniają zależnie od woli wyborców i to, co dziś nazywa się wyrażaniem poglądów politycznych, manifestowaniem i buntem, jutro będzie czymś zupełnie zwyczajnym i ludzkim. I zbieranie pieniędzy na WOŚP stanie się po prostu akcją charytatywną, a zorganizowanie maratonu filmów Wajdy (w tym puszczenie „Wałęsy. Człowieka z nadziei”; nawiasem mówiąc, moim zdaniem, niezbyt się ten film zdobywcy Oscara udał) albo wyjście do kina na film Agnieszki Holland nie będzie gestem niebywałej odwagi, a zwyczajnym pokazaniem uczniom dzieł wielkich artystów.

Czego wszystkim serdecznie życzę.

Robert Strzała

PS. „Poza tym uważam, iż Kartagina powinna zostać zburzona”

*Paździerze i Kosmetyka Mózgu – Szlagiert

(„Przegląd Dąbrowski, marzec 2017)


  • RSS