Działaj w fundacji. Albo stowarzyszeniu. Zorganizuj koncert charytatywny. Zbuduj coś. Albo zburz. Wypowiedz się w przestrzeni publicznej. Napisz. Wystartuj w konkursie. Miej odmienne lub podobne do kogoś zdanie. Wpadnij na jakiś pomysł i spróbuj go zrealizować. Dbaj o środowisko. Rób cokolwiek, co w jakikolwiek sposób jest widoczne. Dobrze lub źle.
Masz już 18 lat?
Musisz wiedzieć jedno: właśnie rozpocząłeś kampanię wyborczą.

Spotykam się z tym zdaniem od jakiegoś czasu – „yhm, ten na pewno wystartuje w wyborach” , „oho, widzę, że kampania się rozpoczęła”. W sumie racja – inaczej po co by robił? Bo przecież nie dla ludzi…
Wniosków z takiego myślenia mogę wysnuć sporo. Podzielę się dwoma.
Zacznę jednak od pytań: jak się Państwu wydaje, czy wszyscy członkowie wszystkich stowarzyszeń/fundacji/spółdzielni socjalnych, etc., które wzięły udział w Festiwalu Ludzi Aktywnych, marzą o tym, żeby już niebawem zacząć piastować jakieś stanowisko? W urzędzie? Sejmiku? Gdzieś tam… Albo – czy ekipa, która, z Elą Grabowską na czele, miesiąc po FLA zorganizowała potężną akcję charytatywną „Przybij piątkę Pati”, miała w swoim założeniu zdobywanie w przyszłości stanowisk? Głowę sobie dam uciąć, że nie! Chcieli zebrać pieniądze na leczenie dziewczyny chorej na raka. Udało im się zebrać prawie 35 tysięcy złotych!
No to skąd się bierze takie myślenie?
Najbardziej prawdopodobne, że z mierzenia wszystkich swoją miarą? Że nie mieści mi się w głowie, dlaczego ludzie coś robią z innymi i dla innych? Że nie lubią stagnacji? Że naiwnie wierzą, że świat trzeba pozostawić troszkę lepszym? A może są samotni i daje im to szansę poprzebywania z drugim człowiekiem? Albo właśnie temu samotnemu i mniej zaradnemu chcą poprawić nastrój? A może po prostu człowiek jest zwierzęciem stadnym i lubi robić różne rzeczy w towarzystwie drugiego człowieka? „Jest wiele możliwości” i niech nikt mi nie wmawia, że najważniejszą z nich jest zdobycie jakiegoś tam mandatu.
Wiem to także z własnego doświadczenia, bo przecież startowałem w wyborach trzy lata temu. Nie wypieram się. Żałuję trochę. Nie faktu, że nie wygrałem, ale że w ogóle wziąłem udział w tym przedsięwzięciu. Kosztowało mnie to sporo zdrowia i nerwów, a kiedy okazało się, że radnym nie zostałem, naprawdę odetchnąłem z ulgą (przepraszam wszystkich, którzy na mnie wtedy głosowali, jeśli przechodzi Wam teraz przez głowę myśl, że zmarnowaliście na mnie swój głos). Bo kiedy było już po ogłoszeniu wyników, uświadomiłem sobie, że przez jakiś miesiąc (a nie wiem, czy nie dłużej) uczestniczyłem w jakimś nieprawdopodobnym wyścigu. A ja się ścigać (i biegać w ogóle) bardzo nie lubię. Tymczasem codziennie napierniczałem informacjami, jaki to będzie ze mnie dobry radny, że inni są gorsi i generalnie – jestem ekstra. A przecież nie jestem.
Owszem, lubię się raczej i zgadzam się z większością swoich poglądów, nie mniej jednak radnym mógłbym okazać się słabym. Bo jestem leniwy i bywam mocny tylko w gębie. No i nie mam samochodu. I to była taka moja refleksja wtedy. Ostatnie doświadczenia i poznani ludzi tylko mnie w tym utwierdzili. Poza tym bardzo górnolotnie mówiąc – chyba znalazłem swoje miejsce i w tym miejscu mam możliwość coś zrobić. Bo mam fajną Rodzinę, Przyjaciół i pracę, w której spotykam się z młodzieżą i w jakiś tam sposób wspólnie i wzajemnie kształtujemy swój sposób myślenia, wizje, osobowości.  Interpretujemy wiersze, czytamy książki. Dzielimy się sobą. Albo piszę sobie felietony czy inne notki (np. tutaj) i naiwnie myślę, że jakiś ich odbiór jest. Że na coś wpływ jednak mam. Przy okazji uspokajam – na listach wyborczych mojego nazwiska nikt już nie zobaczy.
Jak mówił jeden pan pod sklepem nocnym – „wracając do ad rem”, czyli rzeczonej kampanii, jest i druga strona medalu. Bo tak się składa, że uważam, iż, jak się zostaje radnym/posłem/senatorem, kampania wyborcza powinna trwać całą kadencję. Każdym ruchem, działaniem czy postawą powinno się ją prowadzić. Bez względu, czy będzie to działanie na rzecz ekologii, usprawnienia ruchu drogowego, egzekwowania prawa, protest przeciwko wycince drzew, budowie kolejnego marketu, czy choćby stworzenie strefy kibica na mistrzostwa świata w czymś. I nie ma to związku z faktem, że nie mam samochodu albo nie interesuję się sportem. Moim zadaniem jest myśleć o ludziach, mieszkańcach wsi, miast, państw. Działać na ich korzyść i dla ich dobra. I jeśli udaje mi się to robić dobrze, czemu miałbym nie być wybranym na następną kadencję?
Oczywiście pozostaje mi w głowie smutna konstatacja, którą na spotkaniu w Miejskiej Bibliotece wypowiedział Filip Springer. Że często, niestety jest tak, iż wszelkich radnych, posłów, urzędników nie cechuje myślenie perspektywiczne. Bo nie można nim przecież nazwać myślenia tylko o aktualnej i następnej kadencji, a raczej najbliższych dziesięcioleciach. Bo – naprawdę fajnie by nie tylko nam (tu i teraz), ale przede wszystkim naszym dzieciom, było po prostu lepiej. O to chyba także, jeśli nie przede wszystkim, chodzi.

Ech, chyba się starzeję… W sumie fejsbuk mi ostatnio powiedział, że już się to stało…  Ale to już temat na całkiem inny tekst…

„Przegląd Dąbrowski”, listopad 2017

Wbrew temu, co odczuwam od rana, postanowiłem, że napiszę coś dobrego… Może właśnie dlatego, żeby przywrócić równowagę… Którą zapewne zburzę już za miesiąc…
Tak się jakoś złożyło, że przez lata swoich różnych poczynań i poruszania się po mieście i okolicach poznałem bardzo wielu ludzi. Z różnych miejsc, środowisk. Ludzi o różnych pasjach, zainteresowaniach, poglądach. Czasami się widujemy na dłużej, czasami w przelocie, czasem tylko i niestety piszemy do siebie smsy (bo wiadomo – czas, rodzina, praca i takie tam). O wielu z nich mogę powiedzieć, że są moimi Przyjaciółmi, o innych, że Znajomymi.
Najbardziej zawsze lubię to, że mimo wielu podobieństw (bo nie oszukujmy się – najbliżej nam zawsze do ludzi, którzy w jakiś sposób są do nas podobni, mają podobną wrażliwość, poczucie humoru, etc.), w wielu sprawach bardzo się różnimy i nie zgadzamy. Jest to fajne, dobre i rozwijające, a przede wszystkim nie jest nudne. Problem (choć tak naprawdę nie mój) jednak w tym, że animozje istnieją między jednostkami, ale równocześnie całymi grupami w tle. Ten nie przepada za tamtym, jedna za drugą, ten się z tym wódki nie napije, a temu nie poda ręki. Bo komuch, bo pisior, bo głupi, bo żonę zostawił, bo pracuje w instytucji, którą gardzę, bo w liceum odbiła mi chłopaka. Bo sto innych, równie mądrych powodów…
Nie rozumiem tego unikania się nawzajem. Odwracania się plecami. Od lat zastanawiam się, czy istnieje człowiek, któremu nie podałbym ręki, gdyby ją do mnie wyciągnął. Tak zwyczajnie, na przywitanie. Chociaż raz jeden facet wytłumaczył mi, że on ma takie typy, bo po prostu, jak o nich myśli, to zwyczajnie mu się nie chce. Nie wiem, może rzeczywiście tego słynnego kręgosłupa moralnego nie mam, może zwyczajnie jestem głupi, a może po prostu jest tak, że BARDZO LUBIĘ LUDZI. Tak w ogóle.
Bo chociaż wydaje mi się często, że jesteśmy pasożytem świata i że, gdyby nas nie było, na Ziemi nie wydarzyłoby się nic złego (nie byłoby takiej możliwości po prostu), wciąż i mimo wszystko uważam, że ludzie są fajni. Oczywiście przy swoich wszystkich wadach, małostkach i ułomnościach. W zeszłym roku na przykład jeden facet powiedział, że mnie zniszczy (z tego, co wiem chyba jakoś próbuje to cały czas zrobić, pozdrawiam). Tylko dlatego, że bardzo się różnimy. Do dziś zachodzę w głowę, jak komuś coś takiego może przejść przez myśl i gardło? Jak można być tak małym i złym? Jeśli za kimś nie przepadam, to zostawiam go swojemu losowi. Po prostu. Podobnie jak omijam psie kupy i potencjalnych napadzistów pod nocnymi sklepami. Zresztą tego pana też omijam.
Tymczasem jednak wciąż i bez sensu budujemy między sobą jakieś mury, murki, stawiamy parkany i płotki. I muszę powiedzieć, że źle się z tym wszystkim czuję. Bardzo. Żeby było łatwiej, posłużę się przykładem. Bo, dajmy na to, jestem w knajpie i przy jednym stoliku siedzi jedna ekipa, a przy drugim druga. I ktoś pyta – „A ty znasz tego i tego? Kolegujecie się? Przecież to…” (i tu padają różne określenia), a przy drugim dzieje się mniej więcej to samo. Tyle, że kierunek jest przeciwny. A mnie szlag trafia, bo najczęściej jest tak, że ci ludzie, którzy – delikatnie mówiąc za sobą nie przepadają – nigdy ze sobą nie rozmawiali i tak naprawdę wcale się nie znają (to takie typowe). I nie mają zielonego pojęcia, że obaj/obie/oboje są ludźmi ciekawymi, mądrymi, z pomysłami, poglądami… I gdyby tylko zechciało im się ten murek przeskoczyć, gdyby zechcieli choć troszeczkę się poznać, mogłoby się okazać, że te ich animozje są zwyczajnie głupie i śmieszne. A przede wszystkim, że od przebywania z drugim człowiekiem nie można się zarazić jego poglądami i żadna szkoda, poza bliższym się poznaniem, nie może z tego wyniknąć. Owszem, możemy też wyciągnąć wniosek potwierdzający naszą wcześniejszą tezę – że nie, nie mam ochoty i nie widzę sensu przebywania z jednym czy drugim – ale to właśnie jest kwintesencja.
Żeby coś z całą mocą stwierdzić, trzeba sprawdzić, poznać, zobaczyć i posłuchać z bliska, bo najfajniejsze w tych podziałach jest często także to, że ludzie, którzy się nie znają, nie znają tajemnicy. Że podobnie do kogoś myślimy, że ten ktoś wcale taki głupi nie jest, że moglibyśmy się z nim zakolegować. Tylko jakieś tam idiotyzmy nam nie pozwalają, więc pławimy się we własnym sosie, wmasowując go sobie obficie w okolice lędźwi.
A im bardziej jesteśmy podzieleni, tym bardziej ci, którym to odpowiada, zacierają rączki. Divide et impera.
Podsumowując – jak chcecie, to się miedzy sobą nie lubcie, nie rozmawiajcie, nie poznawajcie, nie sprawdzajcie. Pozostańcie stratni. Ja tam wolę być szczęśliwy i nie tracić czasu. Nawet jeśli ma to oznaczać naiwność.

 ”Przegląd Dąbrowski”, październik 2017.

Zagadka

2 komentarzy

Słuchaj, jest sprawa…

Pracuję w szkole i uczę Twoje dzieci. Czyli teoretycznie obdarzasz mnie zaufaniem. A jeśli nawet nie Ty, to zrobiło to państwo. No i w związku z tym wszystkim opowiadam Twoim dzieciom różne  mądre i ciekawe rzeczy. Przygotowuję je do życia. W jakimś sensie.

No to starszym mówię na przykład, że homoseksualizm to choroba. A skoro tak, to można się z niego wyleczyć. Są sposoby, ośrodki (na przykład w USA). I właściwie jest to wynik wybuchu w Czarnobylu. Bo kiedyś było inaczej, kiedyś było lepiej.
Młodszym opowiadam, między innymi, że jak pójdą na bal halloweenowy do koleżanki, to zgnije im ciało, a cała rodzina skończy w smole. NA ZAWSZE! Choć o tym to właściwie nie mówię. Krzyczę raczej. Trudno. Wszystko dla ich dobra i ratunku. Niech się boją!
Albo, że w japońskich kreskówkach łapy maczał Zły, aby wodzić na pokuszenie i doprowadzić do upadku. A przepaść jest naprawdę głęboka.
Albo przynoszę na przykład taki przenośny model macicy i demonstruję na nim różne rzeczy. Rozwiewając Twoje wątpliwości – nie, nie uczę biologii. Mój przedmiot jest o czymś zupełnie innym. O duchowości, wierzeniach, źródłach i  tekstach kultury.
Albo straszę, że jak źle spędzają dzień wolny, to wszystkich z ich otoczenia spotka kara. Po śmierci to wiadomo – wieczne cierpienie, tyle że Twoje dzieci są jeszcze za małe, żeby się tym przejąć . Lepiej postraszyć je światem doczesnym. Że spadną na nie i ich rodziny choroby i głód, a robaki będą wyżerały im skórę. Niech sikają po nocy w łóżka i boją się ciemności…

Ale Cię to wszystko doprowadza do szału, co nie?
Że bzdury, że mamy XXI wiek, że Europa, że mam uczyć o czymś innym jednak. Nie podoba Ci się… Ojejku, jejku…
A mnie Twoje pogróżki, że jak będę opowiadał takie rzeczy, to doprowadzisz do wyrzucenia mnie z pracy, śmieszą i równocześnie zasmucają. Po pierwsze bowiem – musisz zrozumieć, że robię to dla ich i Twojego dobra. Po drugie zaś – możesz mi co najwyżej skoczyć i zabrać dziecko z moich zajęć. Kara, oczywiście, Was nie minie, pamiętaj! Jako w niebie, tak i na ziemi…
Dyrektor nie może mnie zwolnić, bo i na moje zatrudnienie nie miał wpływu. Co prawda przyjął mnie do pracy, ale nie za wiele miał do gadania. Przyszedłem z misją, stoją za mną ważniejsi od wszystkich Was ludzie. Kuria się nazywają. No to taki dyrektorek, to kto to dla mnie tak naprawdę jest?
Przecież nawet nie może wejść do mnie na lekcję i nie ma nic do gadania, jeśli chodzi o nauczane przeze mnie treści(czyli na dobrą sprawę mogę opowiadać na lekcjach, że Ziemia znajduje się w centrum Układu Słonecznego, a teoria heliocentryczna jest zbyt mocno lansowana, co w sumie nie dziwi, bo Kopernik był  przecież Niemcem). On ma tylko co miesiąc podpisywać przelew.

W 2016 roku przybliżona kwota wydatków na 66 etatów (mojego i moich kolegów i koleżanek po fachu) wyniosła w Twoim mieście 2.895.000 złotych (słownie – dwa miliony osiemset dziewięćdziesiąt pięć tysięcy złotych). Narzekasz na mnie i płacisz!

Dziękuję Ci, pozdrawiam i całuję prosto w serce…

                                                                                                                  H2O – Wiesz już kto?*

P.S. Aha! 31 października organizujemy Bal Wszystkich Świętych. Dzieci mogą się przebrać za swojego ulubionego świętego. Wolałbym Was tam widzieć…

22641986_10214536069858348_266256822_o

*gdyż imię moje Legion

(link do tekstu)

W czerwcowym “Alternatywniku” wspominaliśmy ducę i inne gry hazardowe. Nie samym jednak hazardem żyło dąbrowskie osiedle. Były przecież zabawy nożem, gra w „Wyścig Pokoju”, skakanie na gumie czy zabawy na trzepaku.

Lata 80. Czas, kiedy życie uczennic i uczniów dąbrowskich „tysiąclatek” koncentrowało się na zewnątrz, pod blokiem, za blokiem, gdy całymi dniami krążyliśmy na rowerach ze szprychami dla tzw. szpanu oplecionymi kolorową bibułą, kiedy wszyscy byliśmy podobnie beznadziejnie ubrani i wszyscy, od czasu do czasu, pełniliśmy rolę „staczy” w długich kolejkach po „rzuconą” właśnie kawę lub bułgarskie arbuzy. Dominowała świadomość braku, poczucie, że nie wszystko można mieć, gdy w tzw. gospodarce niedoboru za przedmiot westchnień uchodziły gumy „Donaldy” z Pewexu, metalowy model samochodu na resorach, a ostatnie strony „Świata Młodych” z komiksami w odcinkach kompletowano w drogocenne kolekcje. Wszyscy mieliśmy mniej więcej to samo i w podobnych ilościach, dlatego tak bardzo liczyło się, kto dobrze gra „w jednego” albo układa najładniejsze kwiatowe ołtarzyki pod kawałkiem szkła. Słowem – konkurencja była ważna.
Przechodziłem ostatnio przez mój kraj lat dziecinnych, czyli podwórko między blokami 99, 101, 103 i 105 na Mydlicach. Usiadłem na chwilę na ławeczce i dopadła mnie refleksja, jak to było możliwe, że mogliśmy w tym miejscu rozgrywać regularne mecze piłkarskie. W drużynach o dowolnej liczbie piłkarzy (wszystko zależało, kto akurat „wyszedł na dwór”, bo u nas wychodziło się na dwór, a nie na pole), na powierzchni z krzywych płyt chodnikowych i z ławkami (ewentualnie drabinkami) w roli bramek. Jak się tam mieściliśmy? Dlaczego nie przeszkadzała nam kiepska nawierzchnia albo fakt, że jedna bramka wcale nie była na wprost drugiej? Może dlatego, że nie było orlików i brało się, co było? Może fakt, że asfaltowe boisko szkolne było okupowane przez starszych? A może przede wszystkim to, że najważniejsze było samo przebywanie na podwórku, a nie jakieś małostkowe problemy teraz przeze mnie wymyślane?
I siedziałem na tym niby boisku i próbowałem sobie przypomnieć, jakie jeszcze gry i zabawy „stosowaliśmy”. O ducy pisaliśmy z Wojtkiem Czyżewskim w wydaniu czerwcowym. Wspomniałem też wtedy o mrożącym mi dziś krew w żyłach berku i chowanym na betonowych rurach za osiedlem. I przypomniałem sobie „Wyścig Pokoju”. Czyli po prostu „kapsle”.
Pierwszy Uve Ampler albo Olaf Ludwig
Nazwa pochodzi, oczywiście, od największego w Europie Wschodniej amatorskiego wyścigu kolarskiego na trasie Warszawa-Berlin-Praga (kolejność miast była zmienna). Nie wiem dlaczego, ale mnie się zawsze wydawało, że ten wyścig wygrywali wyłącznie kolarze enerdowscy. Jak nie Uve Ampler (rzeczywiście triumfował aż cztery razy) to Olaf Ludwig (wygrał dwukrotnie). Kredą rysowało się na chodniku (najlepiej asfaltowym) trasę, dróżkę taką, z linią startu i mety. Po drodze można było napotkać różne „przeszkody” – trasa to zwężała się, to była szersza, czasem przerwa musiała oznaczać skok. Kolarzami były kapsle. Wkładało się do wnętrza kapsla flagę danego państwa (oprócz Czechosłowacji i Polski – gdyż wiadomo było, że jak nie wygrywają w prawdziwym wyścigu, nie wygrają i w podwórkowym; dużym wzięciem cieszyły się kraje o nazwach orientalnych, flagach dziwacznych; moim faworytem była na przykład Sri Lanka), zalewało się stearyną i się grało. Przed grą dobrze było poszurać trochę kapslem po asfalcie lub betonie, żeby się potem lepiej ślizgał na trasie. Każdy miał trzy pstryknięcia, jeśli wyjechał poza trasę, cofał się i tak aż do mety. Oczywiście, znowu jak w przypadku ducy, tylko w teorii zasady były proste. Bo już stwierdzenie, czy kapsel na tzw. słowo honoru stojący na cienkiej kredowej linii wyjechał za trasę czy nie, budziło zażarte spory. Jeszcze gorzej, gdy zawodnik ściął zakręt – była łaja (tak się na to mówiło) czy nie? – spierali się grający. Tak czy inaczej, gra była pasjonująca, trasy wiły się przez chodniki, schody, podwórka, a my spędzaliśmy czas na dworze z kieszeniami wypchanymi kapslami i umorusani kredą. Pewnik stanowi też fakt, że niejeden/ niejedna z nas usłyszał/a sporo „ciepłych słów” od swoich rodziców, kiedy okazywało się, że atlas geograficzny jest w środku mocno wybrakowany i pocięty (skądś musieliśmy przecież te flagi brać). Chyba gorzej było tylko wtedy, jeśli wycinało się z encyklopedii. Choć gra nieodmiennie kojarzy się z ciepłymi porami roku, Olek mówi, że bywały i wersje zimowe: – Zimą graliśmy u mnie w domu, jako że w przedpokoju i w kuchni miałem płytki PCV, więc po grze kredę można było łatwo umyć. Jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że rodzice chodzili do pracy na rano, a my na drugą zmianę, łatwiej będzie nam to sobie wyobrazić. Swoją drogą i trochę z innej beczki – najbardziej w chodzeniu na 13.35 lubiłem „Film dla drugiej zmiany”, czyli dla tych wszystkich DOROSŁYCH, którzy szli do pracy na 14 i nie mogli obejrzeć filmu o 20.00 (po „Dzienniku Telewizyjnym”). Puszczano zatem ten sam film o godzinie 10.10, a ponieważ rodzice moi i moich kolegów chodzili do pracy rano, a my przez jeden semestr na popołudnie, oglądaliśmy może nie wszystko jak leci, ale zawsze, gdy był film polski lub czeski – nie można było go odpuścić. Wiadome było bowiem, że musi pojawić się w nim cała lub chociaż fragmentaryczna „goła baba”. Najbardziej śmieszyła nas tabliczka „Tylko dla dorosłych” (na przykład przed serialem „Tulipan”). O 10:00 rano w Polsce.
Walka na noże
Jedną z moich ulubionych gier były „państwa”. Na stronie www.retropewex.pl znajduję taki opis zasad – obowiązujący także na dąbrowskich podwórkach: Na ziemi nożem rysowaliśmy koło i dzieliliśmy, jak tort, na 4 części dla 4 graczy (u nas liczba była dowolna i w razie potrzeby koło „kroiło się” na więcej części). Pierwsza osoba mówi, kogo z sąsiadów atakuje i sąsiad schodzi z okręgu. Stojąc na swoim polu, rzuca nożem w pole atakowanego gracza. Wbitym nożem (po linii ostrza) rysuje prostą linię przez pole przeciwnika. Nie może się przy tym podpierać i musi stać na swoim polu. Jak da radę poprowadzić taką linię, „odcina” jeden z kawałków i przyłącza go do siebie, zacierając narysowaną na początku gry granicę między „państwami”. Osoba ta ma kolejny rzut i tak do momentu, aż źle rzuci (nóż się nie wbije, przewróci lub trafi w inne pole niż atakowane) albo nie będzie w stanie poprowadzić prostej linii. Wtedy rzuca kolejna osoba. Ten, kto ma tak małe pole, że nie może na nim ustać – odpada.
Skakanie „w gumę”
Grą typowo „dziewczyńską” była „guma”. Co prawda wielu chłopaków przełamywało schemat i przyłączało się do niej, wielu jednak uważało to za obciach. Podobnie przecież było z siedzeniem w ławce z dziewczyną („z babą”). To niemądre uprzedzenie przechodziło oczywiście z wiekiem. Zawsze zastanawiałem się, czy działało też w drugą stronę, ale jakoś nigdy nie spytałem. To jak to było, Drogie Panie?
Jak sama nazwa wskazuje, do gry w gumę potrzebna jest guma tzw. majtkowa (myślę, że jakieś 3-4 metry) i dowolna liczba graczy (minimum dwójka, z tym, że wtedy potrzebny jest też słupek, trzepak, cokolwiek, na czym z braku człowieka przeciągniemy gumę). Gra polega na wykonywaniu serii skoków bez skuchy (jak ja uwielbiałem to słowo!). Skucha to nic innego jak błąd. Czyli na przykład nadepnięcie na gumę wtedy, kiedy nie trzeba lub odwrotnie – nienadepnięcie, kiedy należy. Dwójka graczy stoi w gumie (najpierw oplecione mają kostki, potem kolana, uda, pas, ramiona, szyje), a trzeci skacze, aż do skuchy. Jeśli skusi, wchodzi do gumy i następuje wymiana gracza (można grać parami, można w drużynach). Po ponownym wkroczeniu do gry, zaczyna skoki od poziomu, na którym odpadł.
Podobno było kilka „systemów”, układów skoków. Z tego, co pamiętam, wśród moich koleżanek najbardziej popularne były „dziesiątki”.
Spalone gary na trzepaku
Nie było też poważnego podwórka bez trzepaka. I choć poza zabawą w „ślepca” albo „kolory” nie pamiętam jakichś szczególnych zabaw (podstawę stanowiły jednak pseudoakrobatyczne ewolucje), to tutaj – poza ducą – koncentrowało się podwórkowe życie.
„Ślepiec” polegał na tym, że po konstrukcji trzepaka poruszali się uczestnicy starający się uniknąć dotyku osoby, która miała zawiązane/zasłonięte oczy. Jak łatwo się domyślić, nowym „ślepcem” zostawała osoba, którą ślepiec dotychczasowy dotknął lub która dotknęła ziemi.
Gra w kolory polegała chyba na rzucaniu nazw kolorów i odpowiednio dotykaniu lub niedotykaniu ziemi. Z tego co pamiętam (a jeśli się mylę, proszę mnie poprawić) na hasło „czarny! ” należało zeskoczyć na ziemię, a ten, który zrobił to ostatni, zamieniał się rolami z tym, który kolory wymyślał.
Jakoś nie przypominam sobie, aby grało się w latach 80/90. w klasy albo cymbergaja. Ja z tą grą spotkałem się dopiero w książkach, a cymbergaja pokazał mi ojciec. I znowu – może na Waszych podwórkach było inaczej? Podzielcie się z nami tymi wspomnieniami…
Natomiast utkwił mi w głowie „chowany z piłką”. Gra o tyle ciekawa, co na maksa trudna do wygrania, czyli odnalezienia wszystkich graczy. „Meldą” była bowiem piłka, którą ustawiało się, powiedzmy, na środku podwórka. Szukający liczył do pięćdziesięciu, stu, iluś tam, po czym szukał. Żeby uznać kogoś za odnalezionego, należało go na piłce zaklepać. Dotknąć jej i użyć zaklęcia typu – „raz, dwa, trzy – Tadzik za śmietnikiem! ”. Problem polegał na tym, że w każdej chwili (najlepsza była taka, w której szukający się oddalił) ukrywający mógł z ukrycia wybiec i uprzedzając zaklepanie, wybić piłkę w cholerę. Dopóki szukający nie odstawił piłki na miejsce, wszyscy złapani mogli się znowu ukryć. I tak aż do momentu wyłapania wszystkich. Pamiętam, że często pojawiały się spory, kto ma być szukającym – czy ten, którego zaklepano pierwszego czy ostatniego?
Hasłem, które nie tylko mnie doprowadzało do szału, były „spalone gary”. Wystarczyło bowiem, że któryś z graczy został zawołany na obiad lub właśnie go zjadł, wyszedł na dwór i postanowił do gry dołączyć, a już inny z uczestników się darł – „Spalone gary!”, co oznaczało, że gra zostaje przerwana i zaczynamy od początku. Co chwilę i znowu. Na podwórku w blokowisku stawało się to naprawdę zmorą… Z drugiej jednak strony – czy naprawdę chodziło nam wtedy o wygrywanie, czy może po prostu tylko (?!) o zabawę?
Oprócz wspomnianych przeze mnie gier, pojawiały się oczywiście podchody i niezbyt już legalne i bezpieczne wyprawy po kanałach czy bunkrach. O kanałach i bunkrach, opowiemy Wam jednak w następnym odcinku „Alternatywnika Dąbrowskiego”. Czytajcie już w październiku!
Robert Strzała,
współpraca Wojciech Czyżewski

12 lat temu mieliśmy z zespołem 100 TVarzy Grzybiarzy niewątpliwą frajdę zagrać na „najpiękniejszym festiwalu świata”. Na Przystanku Woodstock znaczy się. Niepisana umowa była taka, że na scenie się nie przeklina. Choć przecież niemal niemożliwością jest, aby zespól rockowy nie przemycił w jakiejś swojej piosence choć jednego przekleństwa. My mieliśmy tego sporo. Ale się dostosowaliśmy do reguł. I nie używaliśmy. Niestety, największym przebojem i równocześnie największym przekleństwem [sic!] naszego zespołu była piosenka „Mały Obrazek”. Utwór składający się tylko i wyłącznie z wulgaryzmów, którego przesłaniem (co zawsze podkreślałem i podkreślał będę) było i jest ogólnopolskie zubożenie słownictwa. Bo przecież pewnie każdy z nas był świadkiem/podsłuchiwaczem rozmowy, którą można streścić zdaniem, że „co „kurwa” to słowo”. W każdym razie – mimo niepisanej umowy ludzie pod sceną zaczęli domagać się „przeboju”. Na bis. Jurek Owsiak podbiegł i powiedział – „Dawajcie! ONI też tych słów używają, a problem rzeczywiście jest!”. No i zagraliśmy…
Zdania na temat samego koncertu były podzielone…

12 lat później dowiaduję się, że ten sam Owsiak oskarżony jest o używanie słów na „p” i na „k”! I to jest kolejna z „sytuacji, w których serce klęka”.  Bo przecież wiem, że wcale nie chodzi o żadne brzydkie słowa, a kolejne uderzenie w człowieka, którego zbyt wielu ludzi szanuje, kocha i dałoby się  za niego pokroić. Nie, nie przesadzam… Każdy, kto choć raz był na Woodstocku i słuchał, jak mówi do zgromadzonych pod sceną, wie, że gros z nich poszłoby za nim i za jego słowami/działaniami na koniec świata. Albo jeszcze dalej. Jeśli do tego dodamy fakt, że facet mówi, co myśli, myśli w sposób samodzielny, nieposłuszny i nieprawomyślny oraz że pod sceną znajduje się kilkadziesiąt tysięcy ludzi (2017 to ok.220.000, a rekord z 2011 wyniósł ok. 700.000!), a na portalu społecznościowym obserwuje go 360 tysięcy – okaże się, że może to być człowiek naprawdę niebezpieczny. Dla każdej władzy. A już na pewno dla tej, którą krytykuje. Żadna władza bowiem tego nie lubi. Zresztą – nie oszukujmy się. Nikt nie lubi. Nic przyjemnego. Zwykły jednak człowiek ma zawsze na swoją obronę coś, czego władza najczęściej (bo przecież nie zawsze) nie posiada (choć, gdyby posiadała i nie była nadętą, na pewno by na tym zyskała). Nazywa się to dystans i poczucie humoru.
Rozwiązań problemu(?) takich charyzmatycznych Owsiaków jest, oczywiście, kilka. Jednym na przykład jest dialog, drugim próba dowalenia i zaszczucia. A koń, jaki jest, każdy widzi.

Wracając jednak do samego przeklinania. Nie jest prawdą, że to domena ludzi niewykształconych, chamów i prostaków. Podobno Antoni Słonimski potrafił przeklinać przez trzy minuty nie powtarzając ani jednego wyrazu. Nie jest też prawdą, że do literatury przemycili  je na przełomie lat 80/90 XX wieku twórcy związani z „bruLionem”. Pojawiały się już u Katullusa (rzymskiego poety, żyjącego w I w.p.n.e.), a prawdopodobnie i wcześniej. Przeklinał „ojciec poezji polskiej” Jan Kochanowski. Tak, ten sam człowiek, który opłakiwał śmierć Urszulki i którego teksty poznaje się już w szkole podstawowej, pisywał takie fraszki (tzw. „obsceny”), że nie nadają się, aby je tutaj cytować. Używał wulgaryzmów Fredro, Mickiewicz (choć pamiętajmy, że autorstwo „XIII Księgi Pana Tadeusza” przypisuje się A.Fredrze, T.Boyowi-Żeleńskiemu lub W.Zagórskiemu, a „kutas” i „chujec” w samym „Panu Tadeuszu” oznaczają zupełnie coś innego, niż dziś – odpowiednio: element ozdobny, coś w rodzaju pomponika i wieprza), Tuwim (z moim ulubionym krótkim wierszykiem „Na jednego endeka, co na mnie szczeka”), Witkacy, Bursa, Hłasko i wielu, wielu innych. Trochę na marginesie dodam, że nieodmienną radość budzi w gimnazjalistach ten fragment najbardziej znanego opowiadania Hemingwaya, w którym Santiago zwraca do morza niezbyt pieszczotliwym „ty kurwo”. O poetach i powieściopisarzach współczesnych nie wspominam, ale proszę sobie tylko wyobrazić twórczość na przykład Masłowskiej, Vargi, Szczerka albo Sapkowskiego z wyciętymi „brudami”.

Żeby jednak nie popaść w ton wykładowo-przemądrzalski, ani (tym bardziej) nie być posądzonym o przypisywanie Owsiakowi jakichś literackich zasług (za poetę go akurat nie uważam; przyznaję natomiast, że blisko mi do określenia „trybun ludowy”), wróćmy na chwilę do samego zarzutu. IDIOTYCZNEGO!
Przygotowanego w myśl zasady „dajcie mi człowieka, a paragraf zawsze się znajdzie” (wiecie, kto to powiedział). Bo skoro nie udało się Woodstocku zatrzymać obostrzeniami prawnymi (impreza o podwyższonym ryzyku, odrzucenie współpracy z niemieckimi służbami mundurowymi), skoro nie udało się zohydzić Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która w bieżącym roku znowu pobiła wszelkie rekordy zbiórki, próbuje się uderzyć w Człowieka, który nią dyryguje. I nie znajduję innych określeń, jak świństwo, małość i głupota. Mądry wiedziałby przecież, że społeczeństwo to wcale nie jest „ciemny lud, który wszystko kupi”. I że takie akcje raczej odwracają się przeciwko niemu. Że istnieje coś takiego jak nieposłuszeństwo obywatelskie. Problem polega jednak na tym, że – jak śpiewał Kazik – „debil nie wie, że jest debil, a mądry to wie”.
Oczywiście, że mógł Owsiak użyć innego słowa. Tylko, że jak mówił w jednym z wywiadów prof. Jan Miodek  „wulgaryzmy są stare jak świat i nie sposób się od nich uwolnić. Są takie sytuacje życiowe, w których jesteśmy bardzo źli, zdenerwowani, czy nawet bezradni. Pewne zjawiska są dla nas ekstremalnie negatywne i kiedy do ich wyrażenia brakuje już normalnych słów, wtedy sięgamy po wulgaryzmy”.

No to kto z Państwa, będąc Owsiakiem, by się pohamował?

(„Przegląd Dąbrowski, wrzesień 2017)
[tradycyjnie - ze względu na objętość - nie wszystko zmieściło się w wersji papierowej]

[ze względu na objętość do papierowej wersji okroiłem poniższy tekst o fragment zaznaczony kursywą]

Nie było mnie cały sierpień i całkowicie odciąłem się od polityki (światowej, polskiej, lokalnej), wydarzeń bardziej i mniej aktualnych, fejsbukowych sporów, problemów. Ech, gdyby tak się dało przez rok cały! Bo lekko mi było, przyjemnie i dobrze. I wpadłem wręcz na pomysł, żeby po powrocie trwać w tym błogim stanie. Bo przecież to wszystko, o czym wspomniałem to drobnostki, błahostki, a najważniejsze jest blisko i najbliżej. Rodzina, przyjaciele, napotkany życzliwy człowiek, chleb z masłem dzielony na 8 osób. Nad górską rzeką, pod niebem pełnym gwiazd.
No i przyjeżdżam taki pełen optymizmu do domu i znajomy opowiada mi o (tradycyjnie anonimowych) zdaniach, które gdzieś tam słyszał, czy przeczytał, a z których wynika, że ostatni rok w dąbrowskiej oświacie należał do trudnych i że wielu nauczycieli straciło pracę. No i ja się z tym zgadzam. Żadne odkrycie. Rok był niewątpliwie trudny, nerwowy, pełen obaw oraz (chyba jednak niespełnionych) nadziei. Co prawda wydaje mi się, że następne lata mogą być jeszcze trudniejsze, ale dobra, pal sześć, było trudno. Bo wbrew temu, co mówiono nam od dwóch lat – nie ma opcji: tzw. reforma edukacji musi/ała poskutkować utratą pracy.
I słyszę, że zwalniani nauczyciele są tymi, którzy są niewygodni. I w pysk dostaję tym tłumaczeniem. Bo okazuje się też, że nauczycieli w Dąbrowie nie zwalnia reforma, a źli dyrektorzy i stojący za nimi urzędnicy. Dodatkowo – zwalnia się za to, że są to ludzie lubiani, ambitni, dobrzy. Bo stanowią zagrożenie!

No więc ja się nie zgadzam!
Gdyż po pierwsze – tak krawiec kraje, jak mu materii staje i choćby nie wiem, jak to liczyć: reforma edukacji pozbawiła i pozbawi pracy ogromną grupę nauczycieli! Można znaleźć liczne dane na ten temat, liczby podawane przez poszczególne samorządy (pierwsze z brzegu linki - link1 link2). Jeśli ktoś nie dowierza – podam taki przykład(zik): w moim ulubionym Plastyku funkcjonują (sytuacja będzie miała miejsce jeszcze przez 5 lat) dwie szkoły – Ogólnokształcąca Szkoła Sztuk Pięknych (sześcioletnią naukę zakończoną egzaminem maturalnym rozpoczynało się po 6 klasie szkoły podstawowej) oraz Liceum Plastyczne (czteroletnia nauka po ukończeniu gimnazjum). Jak łatwo policzyć, w szkole musiało być minimum 10 oddziałów (faktycznie w ubiegłym roku szkolnym było ich 12 – dwa roczniki były podwójne). W wyniku reformy w tym roku będzie o jedną klasę mniej, w przyszłym dwie, potem trzy i tak dalej. W najgorszym wypadku dojdzie do tego, że w szkole funkcjonować będzie pięć klas (pięcioletnie liceum). W tak dobrej i fajnej szkole! Było 12, jest pięć. Nikt nie straci pracy? Samorząd go zwolni? Prezydent? Rada Miejska? Czy może po prostu siatka godzin.

Dokrawa/przykrawa/skrawa się godziny dla ludzi, którzy są specjalistami w różnych dziedzinach, tylko dlatego, że nie można dać im godzin normalnie, zgodnie z wykształceniem. Dyrektorzy (tak wynika przynajmniej z mojego doświadczenia i obserwacji) dwoją się i troją, ale są momenty, że po prostu nie ma jak i nie da się inaczej. Więc 10 godzin przedmiotu i 5 świetlicy i trzy nauczania indywidualnego. W zależności, czy dziecko jest, czy go nie ma. Jak nie ma, odpracowujesz wtedy, kiedy wymaga tego terminarz zastępstw. Np. 4 godziny po skończonej pracy, kiedy czekasz na indywidualne zajęcia, a dziecko nie przychodzi, bo akurat nie ma weny lub  źle się poczuło na trzy minuty przed zajęciami.


Znam argument – „dobra, dobra, tutaj będzie mniej, ale w podstawówkach pojawią się przecież ogromne możliwości”. Ok, może jakoś uda się utrzymać na powierzchni „ogólniakom” (nie wszystkim, to pewne). Co jednak z nauczycielami przedmiotów artystycznych (plastykami, muzykami, tancerzami)?

Po drugie – najgorsza jednak w powyższych opiniach była jednak sugestia, że ci wszyscy, których akurat w tym roku nie zwolniono, to ci, którzy są gorsi, ale „poukładani”. Czyli na przykład ja i wszyscy ci moi Przyjaciele i znajomi, którym udało się pracę utrzymać. Wspaniali ludzie, niezwykli fachowcy. W dodatku wszystko to podlewa się sosem troski o ucznia. Że źle mu w takiej atmosferze, że to odczuwa, ale… …jest bezsilny…
I to już przekracza granice mojej tolerancji! To wykorzystywanie figury młodzieży do swoich niskich celów. Oczerniania jednych i odwoływaniu się do wartości. Powoływania się na dobro i przyszłość narodu przy równoczesnym napuszczaniu jednych na drugich i wskazywania, że ci, którzy zostają w szkole, to miernoty i sprzedawczyki. I zwyczajnie chce mi się rzygać. Tak fizycznie. Bo to obrzydliwe, niesprawiedliwe i niegodne. Celem jest bowiem przecież przerzucenie winy i przejęcie władzy. Stołki…
Nie mówię, że w dąbrowskich szkołach jest różowo. Na pewno nie we wszystkich, może w żadnej. Myślę sobie, że gdzieś jest lepiej, gdzieś gorzej. Gdzieś zarządza się wzorcowo, a gdzieś woła to o pomstę do nieba. Gdzieś dyrektor jest otwarty, pomocny i przyjacielski, a gdzieś zwyczajnie nie nadaje się do pracy z ludźmi, a co najwyżej do pilnowania psa, który pilnuje budy albo do sprzątania w firmie, która sprząta w innej firmie. Gdzieś w szkole wszystko gra i buczy, a gdzieś wieje nudą i rutyną. Są źli i dobrzy kierowcy, kucharze, lekarze. Są zatem źli i dobrzy nauczyciele, dyrektorzy. Inna sprawa, że nie do końca rozumiem, dlaczego w większości szkół dyrektorami zostają nauczyciele, a nie jacyś menadżerowie i fachowcy? Będąc doskonałym pasażerem, nie muszę być przecież dobrym albo chociaż średnim kierowcą.

Podsumowując – problem ze zwolnieniami byłby mniejszy, gdyby nie tzw. reforma edukacji, a każda zmiana władzy zaowocuje zapewne zmianą kadry kierowniczej (obsadzi się przecież stanowiska swoimi ludźmi), ale śmiem wątpić, czy wpłynie to na jakość pracy szkół i panującą w nich atmosferę. Obsadzać się bowiem będzie wedle własnych znajomości/układów/zbieżnych poglądów politycznych. A, żeby doszło do zmian na lepsze, trzeba to zrobić wedle kompetencji, umiejętności interpersonalnych, a przede wszystkim – bycia mądrym i dobrym Człowiekiem…
Tak, wiem… …utopia…

(„Przegląd Dąbrowski”, sierpień 2017)

Mój kolega B. opowiadał ostatnio dwie historie. Jedna była o Marku Jurku, a druga, że Elon Musk oświadczył, że do 2020 roku  osiedli milion ludzi na Marsie. I tak się złożyło, że zmiksowały mi się te dwa wątki.
I generalnie jest to pomysł na kampanię wyborczą (może być wyżej wymienionego polityka, ale w sumie odsprzedam każdemu):

Polityk ogłasza wiekopomne odkrycie, że wie, jak do 2020 roku zasiedlić Czerwoną Planetę. I że to zrobi. A plan jest następujący: „W ciągu najbliższych trzech lat ujawnię swoje hasło i program wyborczy. Zrobię to niemal w ostatniej chwili przed wyborami.  A wszystko to będzie takie, że wyjebie was wszystkich w kosmos”.

Droga Kasiu, co robić?
Moje nieochrzczone dzieci nie uczęszczają na religię w szkole, wspólnie nie chodzimy do kościoła i ogólnie jesteśmy poza wszelkim uczestnictwem. No może oprócz tego, że wciskam im do czytania „Książkę nad książkami” Kamieńskiej albo tłumaczę, o co chodzi zarówno w biblijnych historiach, jak i liturgii. Bo powinni wiedzieć i znać, jak najlepiej to możliwe. Między innymi i w dużym uproszczeniu dlatego, że Kultura.

Zaznaczam, że Iga ma lat 11 i jest taka sytuacja:
Jednego dnia koleżka z ławki jej mówi, że on nie będzie siedział z ludźmi niewierzącymi. Więc moje dziecko (kulturalnie mając to w dupie) się przesiada. Żeby nie siać afery. Bo szkoda sensu.
Dnia innego tenże sam chłopczyk, a oprócz niego jakaś podwórkowa ekipa latają za nią po podwórku i on czymś tam ją uderza. I łażą i mantrują swoją motywację. Która jest, jak wyżej. Czyli każdy widzi jaka.

Czy masz jakieś inne porady oprócz tego, że ostatnio, w pełni zdając sobie sprawę z całkowitej „niewychowawczości” i wykluczając wszelkie zasady pedagogiki, uczę swoją jedenastoletnią i niezbyt asertywną córkę (bo gdyby to był syn, podejrzewam, że poradziłby sobie dość szybko) mówić „weź spierdalaj”?
Co prawda na ucho, ale wymownie i sugestywnie.

Nie mam pomysłu na inne (może bardziej subtelne, choć prawdę mówiąc nie znajduję tu miejsca na subtelności) rozwiązania, więc ciekaw jestem, Droga Kasiu, Twojej rady…

#popcorn #bravogirl

LINK ŹRÓDŁOWY czyli #AlternatywnikDąbrowski
Autorzy dzisiejszych alternatywnikowych opowieści pamiętają jedno – że się grało. Grało się zawsze, wszędzie, z niepohamowaną zaciętością i wypiekami na twarzy… Bo grało się o pieniądze. Co więcej – grało się pieniędzmi!

Po pierwsze i najważniejsze – duca

Wspomina Wojciech Czyżewski:

Lata osiemdziesiąte. Wiosna i lato są inne, osiedla są inne, szkoły i drzewa są inne, inna jest trawa i krzewy. Po kolei: wiosna jest łagodna, lato zaczyna się w czerwcu, pod klatkami schodowymi stoją, skaczą, biegają dzieciaki, młodzież siedzi na ławkach, siedzi inaczej, bo nie na tym do siedzenia, tylko na oparciach, osiedla są szare, betonowe bloki pokryte liszajami kiepskiej farby otacza asfalt i chodniki z nierównych i popękanych płytek, i pryzmy ziemi, i żelastwo, wszystkie szkoły są takie same, te same krzesełka, ławki, te same lamperie, toalety i zapach – też ten sam; chemii, kurzu, betonu, drzewa to topole, innych prawie nie ma, trawa jest dzika, a właściwie to trawy też nie ma, bo wszystko zadeptane, żywopłoty zmieniają się w chaszcze i ćwierkają stadami wróbli ukrytych w ich gąszczu (wróbel jest nudny, wszędzie go pełno, niewiarygodne, że dziś prawie zniknął). I hazard, bo o tym będzie mowa. Hazard też jest inny.
Centrum hazardu jest duca. Dla mnie najważniejsza była ta obok rozdzielni prądu, przy kiosku, przed śmietnikiem, nieopodal trzepaka, obok Szkoły Podstawowej nr 12. Idealne położenie, na przecięciu głównych pieszych szlaków osiedla. Teren idealnie wydeptany, gładziutki, w upale twarda skorupa ziemi pokrywała się pajęczyną pęknięć. Magia. I na środku tego dołek, wygrzebany łyżką, niezbyt głęboki, miał średnicę około 5 cm i ostre krawędzie (krawędzie są ważne, o czym później). Tak, to ona – duca. W odległości kilku metrów od ducy ktoś na ziemi wyrysował linię…
Na tej linii w równym rzędzie stoją gracze. Każdy, pomiędzy kciukiem jednej ręki i palcem wskazującym drugiej, trzyma aluminiową jednozłotową monetę. Wszyscy lekko przykucnięci, chwieją się, by nadać monecie odpowiednią rotację i perfekcyjny lot – do środka dołka. Pierwszy rzuca nowy, który właśnie dołączył, wg losowania, jeśli to początek rozgrywek, lub zwycięzca poprzedniej partii. Zasady są proste. To znaczy w ogólnym zarysie, bo jak przychodzi co do czego, to już tak łatwo nie jest i pojawiają się rozbieżności: Czy wolno się „chamić”? Czy tupane dwa, czy trzy razy i czy tylko nogą, czy można ręką? Czy wolno „z kolanka”? Czy po „chamionym” można dwa, czy trzy razy?
Ale od początku: zasady są proste – wygrywa ten, kto trafił monetą do ducy. Jeśli do ducy trafia więcej monet – powstaje pula, zgarniana przez zawodnika, który w kolejnej próbie trafił do ducy. Gdy nie trafi nikt, ten co rzucił najbliżej dołka, kciukiem i palcem wskazującym albo kciukiem i palcem serdecznym, wbija monety. Kolejność wbijania monet dowolna. Sztuka nie jest łatwa. Czasami, jeśli duca ma nierówne brzegi (dlatego lepiej, żeby miała równe) monety zatrzymują się na krawędzi. Wtedy można tupać – wówczas zawodnik staje obok ducy i podskakując, najczęściej do trzech razy, wbija złotówkę do środka. Choć pamiętam „tupaczy”, dla których kilka centymetrów od ducy to było nic… Bo o tym, czy się tupie, czy nie, decyduje wyłącznie tupiący. W wariancie, którego nie lubiliśmy, ale dopuszczalnym, można było tupać ręką. Wtedy dłoń układa się w taki sposób, by powstał podmuch powietrza i uderza obok monety. Powyższe rozwiązanie, połączone z wielkim łapskiem, pozwala na przesunięcie pieniądza nawet o kilkanaście centymetrów. Przyznacie jednak, że mało to finezyjne i trochę nie fair, bo nie wszyscy mają wielkie łapska.

Autorzy alternatywnikowego tekstu podczas gry rekonstrukcyjnej w dniu Industriady w Fabryce Pełnej Życia / foto: Bartosz Kowal
Po nieudanej próbie grę kontynuuje kolejny zawodnik – o kolejności decyduje odległość monet od krawędzi ducy po rzutach. W dyskusyjnych przypadkach odległość tę odmierza się w tip-topach – do pełnego tip-topa, dłońmi ułożonymi na płasko i palcami. Wygrywa ten, kto w ducy umieści ostatnią monetę. Genialnie proste, nieprawdaż?
A co, gdy moneta znajduje się na tyle daleko od ducy, że szansa trafienia wydaje się żadna, za to wielkie jest prawdopodobieństwo podsunięcia pieniądza tak blisko dołka, że kolejny zawodnik raczej bez trudu poradzi sobie z jego wbiciem? I w dodatku jest to ostatnia moneta w grze, więc nie tylko wbije, ale wygra całą pulę? W tej sytuacji można zaproponować podział puli. Mówisz – Grzesiek ja podbijam blisko jak się da, ty dokańczasz i dzielimy się fify-fifty. Grzesiek się zgadza, trafia, jest dobrze. No chyba, że Grzesiek się nie zgodził. Wtedy możesz się „schamić”. Tak, możesz najnormalniej w świecie z całej siły trzepnąć monetą tak mocno, że poleci pod śmietnik albo za trzepak. Wprawdzie twojej sytuacji bardzo to nie poprawia, ale Grzesiek też nie ma łatwo. To znaczy niby trochę ma, bo może, w zależności od zasad, nawet trzy raz pyknąć monetę.
Przy czym, jeśli grzmotnąłeś ją w trawę, może to zrobić z kolanka. Przyjmijmy, że Grzesiek po „schamionym” miał tylko dwie próby. Wiemy, że koleżeński nie jest, więc propozycja podziału, jaką składa Jarkowi, nie zostaje przyjęta. I co robi Grzesiek? A co Ty zrobiłbyś na miejscu Grześka? A co zrobiłbyś, gdy chcesz grać, bo masz kilka złotych z reszty po mleku, a pada deszcz? O tym poniżej.

Po drugie – duca i (nie) cała reszta

Wspomina Robert Strzała

Lubiłem mieszkać na parterze. W podstawówce, jak się zapomniało klucza, można było wejść do domu przez balkon (rodzice zjechali mnie z góry na dół nie raz, nie dwa z tego powodu – że pokazuję drogę złodziejom; pewnie racja), nie było problemu typu nieczynna winda, po wodę w woreczku do „Baśki warzywniaka” wyskakiwało się w momencie. Swoją drogą pamiętacie ten wynalazek – „woda w woreczku”? Zwykła barwiona na czerwono, żółto, zielono lub – rarytas – o smaku coli, w podłużnym niewielkim woreczku (może jak dłoń dorosłego człowieka), ze słomeczką, którą się wbijało w dowolne miejsce. Chłodna czysta żywa chemia. Furora i szaleństwo w środku lata. Napiłbym się i dziś. O matko, jak bardzo bym się napił!
Mieszkanie na parterze miało jednak i swoje wady. Jedną z nich było to, że nie mogłem grać w ducę. Ojciec mój nie znosił tego procederu, bo główne miejsce rozgrywek znajdowało się centralnie pod naszym balkonem. Tata tępił więc hazardzistów z całą mocą. Bo klęli jak stado dorodnych szewców, bo deptali trawnik, który i tak nie miał szans wyrosnąć, gdyż przez jego środek i na skos wydeptano ścieżkę do wspomnianego wyżej warzywniaka; bo nienawidził hazardu (podobno); bo darli się jak zapyzialcy (Leksu, który w tamtych czasach grywał ostro i namiętnie, potwierdza – „No były emocje, stary, nic nie poradzę, o kasę szło przecież! ”). W każdym razie – w związku z tym wszystkim – miałem zakaz. Próbowałem grać w innych częściach osiedla, ale to nie było to samo. Placyk pod naszym balkonem sprawiał, prawdopodobnie ze względu na gabaryty, wrażenie centralnego kasyna (jeśli nie osiedla, to na pewno podwórka). W efekcie – ponieważ nie miałem gdzie i jak trenować – najczęściej dostawałem baty, co oznaczało po prostu utratę gotówki, a bez niej grać się przecież nie dało. No, bo nie oszukujmy się – była to gra na pieniądze.
Jak sobie teraz pomyślę o tym zakazie, to z jednej strony go rozumiem, z drugiej wydaje mi się śmieszny w porównaniu do innych zabaw (?), które wtedy uskutecznialiśmy. Był to bowiem czas powstawania Mydlic Południowych i niedaleko za Szkołą Podstawową nr 30 w stronę „lasku” znajdował się spory plac wypełniony wszelkiego rodzaju sprzętem budowlanym – z naciskiem na metalowe i betonowe rury i konstrukcje. A ponieważ nikt tego nie pilnował, bardzo szybko stało się miejscem naszych zabaw. Głównie w berka i chowanego. Biegowe historie w każdym razie. Jak teraz o tym myślę, po stokroć bardziej wolałbym, żeby moje dziecko grało jednak w ducę.
Grało się – najczęściej złotówkami, tymi aluminiowymi. Chyba, że w grę wchodziła jakaś ostrzejsza rozgrywka, to wtedy nominały zdarzały się wyższe. Choć tak naprawdę wydaje mi się, że wszystko zależało od czasu i wartości pieniądza w danym okresie. Jedni grali złotówkami, a 6 lat wcześniej czy później nominały mogły być zupełnie inne. Myślę, że także dlatego modne stały się nagle… takie torebki (wielkości, ja wiem, kieszeni?), które noszono na szyjach. Wypełnione po brzegi srebrną walutą.
Teren był ważny. Żeby było w miarę płasko, bez traw i innych przeszkód, najlepiej goła ziemia, w której wydłubywano dołek. Zależnie od szkoły i relacji jest mowa o tym, że średnica miała być wielkości pięści lub troszkę większej niż pieniążka. Kilka kroków dalej rysowało się linię i… już.
Szczegóły rozgrywki opisał już Wojtek, więc sobie daruję. Choć z drugiej strony Leksu twierdzi, że „o ducy to by można nowelkę napisać. Z jakąż gracją i jak celnie jedną ręką (tak od siebie) rzucał do ducy niejaki Przemo Kowalski. Było sporo naśladowców, ale nikt jak on nie umiał. Pamiętam, jak te monety idealnie latały. Ech, miał gość stylówę, jak filc”.
Trzeba też dodać, że istniały hybrydy typu „duco-linka”. Wzdłuż ducy rysowało się linię równoległą do rzutu startowego i jeśli się ją przerzuciło, pieniądze natychmiast przepadały.
W czasie niepogody i w zamkniętych pomieszczeniach (klatka schodowa, piwnice, szkolna szatnia) ciupano w „ściankę”, „linkę” i „spuszczane” (ach, te piękne i krótkie nazwy, oddające całe sedno). Moim zdaniem te gry pozbawione były wielowątkowości i finezji ducy. Ścianka polegała bowiem na rzucaniu monet w stronę ściany. Kasę zawijał ten, który rzucił najbliżej. Podobnie rzecz miała się z „linką”, z tym że jak nazwa wskazuje, rzucało się w stronę narysowanej linii. Leksu mówi, że jego ulubiona gra nazywała się „spuszczane”. Chodziło w niej, a jakże!, o spuszczanie monet jedna na drugą, z wysokości pasa mniej więcej. Kasę zgarniał ten, którego moneta przykryła, naszła na inną. Olek dodaje, że spuszczane to było przekleństwo sąsiadów – „O ile my, młode łebki, graliśmy 10-groszówkami, to starsze byki rąbały 10, 20-złotówkami, zwłaszcza jak się zaczęła inflacja. Nie dość, że tłukło się to jak jasna cholera, to jeszcze wszyscy wrzeszczeli. ” Przypomina też dwie inne odmiany osiedlowych gier hazardowych – „pykane” i w „odbijanego”: „Pykane to była typowa gra w klasie, kiedy nauczyciel sobie poszedł. Brało się dwie drobne monety (20 groszy na przykład), siadało w ławce naprzeciw siebie i pykało się, czyli dmuchało w pieniążki. Wygrywał ten, którego moneta wpadła na monetę przeciwnika. Każdy z nas miał swój sposób na układ warg, żeby monetę „pyknąć” na tyle delikatnie, by nie przefrunęła za daleko.
A w odbijanego czy parapet, nie pomnę dokładnej nazwy, grało się w korytarzu na przerwach na parapecie. Kładło się monetę na grzebiecie dłoni i uderzało od dołu palcami w parapet. Moneta odbijała się od okna i na tymże parapecie lądowała. Grało się do chwili, kiedy któraś nie spadła jedna na drugą. Tutaj już w grę wchodziła taktyka, bo można było trafić od razu i zgarniać małe pule albo rozrzucać i na końcu zgarnąć większą”.
* * *
Jednak nie samym hazardem żyły dąbrowskie osiedla. Były przecież zabawy finką, gra kapslami w „Wyścig Pokoju”, koedukacyjny chowany z piłką oraz bardziej dziewczyńskie – jak guma czy zabawy na trzepaku. Ale o tym opowiemy w następnym odcinku. Napiszcie do nas, opowiedzcie nam o swoich podwórkowych zabawach. Uzupełnijcie nasze wspomnienia, poprawcie, jeśli gdzieś się mylimy. Czekamy na kontakt.
Autorzy

[ze względu na objętość w papierowej wersji "Przeglądu Dąbrowskiego" okroiłem poniższy tekst o fragmenty zaznaczone kursywą] 

Co jakiś czas ten i ów mi mówi, że jak taki jestem cwaniak, to niech napiszę w „Przeglądzie…” o czymś, co jest niewygodne. I tematy od razu podaje. I czy ja nie widzę i nie wiem, co się dzieje w Dąbrowie, a o czym trąbi opozycja? To ostatnie akurat nie jest dla mnie żadnym argumentem, bo tak się niestety składa, że o każdej jednej opozycji (na każdym jednym lewelu i w każdej skali) mam jedno zdanie, a mianowicie, że zawsze chodzi jej tylko o przejęcie władzy i obsadzenie stanowisk swoimi ludźmi. Czyli mówiąc w skrócie – chodzi im o stołki.
No, nikt mi nie wmówi, że jest inaczej, bo przecież każda opozycja, jak już zostaje władzą, obsadza i otacza się tymi, którym ufa i którzy z nią byli. Normalne, trudno się dziwić. Z tego prostego (a może prostackiego) rozumowania wychodzi mi, że opozycja i władza są do siebie pod tym względem bardzo podobne (i tylko czasami zamieniają się miejscami). Nic nie poradzę, że myślę w ten sposób, korzenie mam jednak anarchistyczne. Myślę też sobie, że jest jak w podstawowej zasadzie Hegla, czyli „każda teza zawiera już w sobie antytezę, obydwie zaś zostają zniesione w syntezie”. Pamiętać jednak należy, że synteza staje się potem tezą, co w bardzo prosty sposób ujął kiedyś Muniek Staszczyk – „Dziś powiedziałeś, że każda rewolucja jest dobra, tylko na początku drogi, bo potem wszystko zamienia się w system i są potrzebne rewolucje nowe”.
Albo czasem ktoś powie – „no ale ty przecież nie napiszesz, bo już jesteś po ICH stronie, już cię kupili” (wkurza mnie to pewnie tylko dlatego, że tak bardzo nie lubię podziałów). I czy naprawdę wszystko mi się w Dąbrowie Górniczej podoba? Jest to o tyle ciekawa sprawa, że znowu – każdy widzi to, co chce. Bo na przykład po ostatnim tekście o Dniach Miasta dostało mi się, że jestem stary, że marudny i czy mam depresję może? Był to kolejny dowód na to, że pytanie o to, co poeta miał na myśli, jest kompletnie bez sensu, bo każdy tekst winien żyć i żyje w oderwaniu od swojego autora. Autor nie ma nad niż żadnej władzy, jej pełnię posiada zaś czytelnik, któremu autor może co najwyżej skoczyć.
Otóż nie jest to jakaś chęć udowadniania, ale tak się składa, że nie podoba mi się (między innymi) akcja pod tytułem „Aqua Park – Nemo Wodny Świat”. A nie podoba mi się, bo jest bardzo podobna do akcji pod tytułem „Telewizja Polska”. Skąd te wnioski?

Porównajmy, czy to nie jest zbieżne?
Ile znacie osób, które z obydwu tych instytucji korzystają? Ja niewiele. Bardzo niewiele. Najpewniej wynika to z oferty, która jest po prostu kiepska, słaba i niezmienna od lat. Jaka jest telewizja wszyscy chyba wiemy. A „Nemo”? Pamiętam, jak byliśmy z kumplami sprawdzić aqua park zaraz po otwarciu i kupiliśmy dwugodzinny bilet. Po 45 minutach stwierdziliśmy, że nie ma co robić i wychodzimy.
W ciągu ostatnich lat byłem może ze dwa razy z dziećmi. Wrażenia mam takie same, jak te z początku istnienia. I może się mylę, ale wydaje mi się, że osobami, które korzystają są głównie rodziny z małymi dziećmi, a w ferie młodzież szkolna (bo ma za darmo). Po 30 minutach – nuda.
I TVP i „Nemo” mają problemy finansowe. „Telewizja” od lat usilnie próbuje przecież rozwiązać sprawę abonamentu. Z „Nemo” jest podobnie. Słabo prosperuje, nie zarabia, generuje koszty. Co roku więc Rada Miejska przegłosowuje dofinansowanie tego obiektu (czyt. przelanie (sic!) niewąskiej kwoty). Gdyż jest spółka, której właściciel jest gmina. No  więc skąd pochodzą pieniądze? Ja wiem…
Wychodzi mi zatem – a zmierzam już do podsumowania – że jest jeszcze jedna rzecz, które TVP i „Wodny Świat” łączy. Obydwu tym instytucjom życzę albo ogarnięcia się bez mojego udziału albo całkowitej klęski. I najlepiej, żeby któraś z tych rzeczy nastąpiła jak najszybciej. I w tym akurat wypadku jestem dość radykalny. Nie przekonują i nie przekonają mnie argumenty typu – „jest to nierentowne, ale nic nie da się zrobić, zwłaszcza, że nikt nie chce kupić”. Skoro tak jest – uważam, że „Nemo Wodny Świat” trzeba po prostu zburzyć!

I nie jest to żadna figura retoryczna, żadna metafora. Mówię całkowicie poważnie. Zburzyć naprawdę. Żeby go tam już fizycznie nie było. Tak, wygeneruje to koszty. Tak, powiedzą – „a nie mówiliśmy”. Tak, wymaga odwagi i determinacji. Ale będzie jednorazowe i wszystko załatwi. Na jego miejsce mógłby pojawić się odkryty basen, otwarty w sezonie (najlepiej z panią w podomce sprzedającą bilety po 5 złotych). Był tam przecież kiedyś zaraz obok.
Nie wiem, może ja jestem głupi, na pewno naiwny, nie znam się na prawie, niuansach, zarządzaniu miastem. Ale jak sobie wyobrażę sytuację, że na przykład kupuję samochód, a on potem nie dość, że nie spełnia moich oczekiwań, to jeszcze pali tyle, że mnie nań nie stać, jest niewygodny i nie wiem właściwie dla kogo, to się go zwyczajnie pozbywam. Bo mi szkoda pieniędzy, które mógłbym przeznaczyć na coś innego. No nie ma takiej siły, która by mnie przekonała, że jest inaczej.
Bo przypomniał mi się wniosek, który uknuliśmy z tymi kolegami po naszej pierwszej wizycie, motto i myśl przewodnią, która można by umieścić nad drzwiami „Nemo” – „inni mają, to my też”. A to jest naprawdę bardzo słaby powód.

Robert Strzała

P.S. No więc – rozwiązując postawiony na początku problem – tak, „puściliby”. Gdyż się, jak widać nie cenzuruje!
No więc – to ostatni raz, kiedy w jakiś tam sposób się tłumaczę i udowadniam, że nie jestem słoniem. Bo prawda jest też taka, że nikt mi nigdzie nie chciał drukować tekstów (prawdopodobnie były „za jakieś”), a kiedy ktoś wreszcie to robi, to co jakiś czas inny ktoś mnie próbuje łatkować albo chociaż dogryźć.

  (Przegląd Dąbrowski, czerwiec 2017)

 


  • RSS